„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 3 (Zamek Orawski i powrót)

Początkowo plan naszej wycieczki obejmował Słowacki Raj, jednak trasy do trekkingu są tam długie, więc w motocyklowych ciuchach to bezsensowny pomysł. Wrócimy tam jeszcze samochodem.
Dzień na Słowacji postanowiliśmy wykorzystać na polatanie krętą, górską trasą 584 oraz zwiedzenie Zamku Orawskiego. Pogoda nadal dopisywała, ruch był minimalny, więc gęby nam się cieszyły na tych wszystkich zakrętach, a i widoki na doliny były obłędne (czego niestety zdjęcia nie oddadzą).

Potem jechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów, nieco mniej spektakularnymi, drogami. A zamku na skałach nic a nic nie było widać. Okazało się, że dojeżdżamy do niego od tylnego pasma gór, więc dopiero na ostatnich kilometrach coś tam można było w górze dojrzeć. Pod zamkiem jest parking za 2 euro, a panie tam są na tyle miłe, że zachęcają, by zostawić kaski i kurtki na motocyklach. Przydało się to bardzo, bo było dość ciepło, a i na zamku wiele było schodów, więc chodzenie z tobołami trochę by zmęczyło. Jak ktoś chce zaparkować za darmo, to nieco dalej na krzyżówce jest plac, gdzie motocykl pewnie można zostawić.

Zewnętrznie zamek robi wrażenie, jego budowa była stopniowa, od partii najwyższej i najstarszej, po niższe. Czasem mówi się, że to 3 zamki w 1. Zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem, który otwiera bramę. Kolejne tury turystów wchodzą co godzinę, a my załapaliśmy się na zamek średni i wysoki, ponieważ na pełny pakiet musielibyśmy czekać 2 godziny. Przewodnik mówi w swoim ojczystym języku, ale w wielu punktach są tabliczki, że z aplikacji można odsłuchać także w języku polskim czy angielskim.

Niewiele wiadomo o początkach budowy, a legenda głosi, że pomagał w niej sam diabeł. Zamek miał zabezpieczać granice i właśnie przez to położenie był w rękach węgierskich, polskich, czechosłowackich i słowackich. Jednak największego zniszczenia dokonał pożar, który wybuchł w 1800 roku i strawił wszelkie dobra drewniane (ocalał jedynie najniższy zamek). 100 lat później rozpoczęto odbudowę, a i obecnie w zamku nadal trwają prace remontowe i rekonstrukcyjne.

Zamek jest teraz własnością państwa, pełni rolę pamiątki narodowej i muzeum. Prezentowana jest w nim historia samego zamku, a najbardziej szczegółowo pokazano epokę Turzonów. Jest też ekspozycja przyrodnicza oraz etnograficzna Orawy, są sale z przedmiotami codziennego użytku poszczególnych warstw społecznych, oraz z kolekcją wykopalisk archeologicznych. Zamek jest często wykorzystywany jako filmowe tło i chyba najbardziej w Polsce kojarzy się z serialem „Janosik”.

Wnętrza zamku:

Z życia mieszkańców regionu:

Wykopaliska archeologiczne:

Ekspozycja przyrodnicza:

Wróciliśmy z zamku późnym popołudniem, a w nocy przyszła burza. Rano na termometrze zobaczyliśmy (o zgrozo) ok. 10 stopni. Dobrze, że już przyszła pora powrotu, ale musieliśmy się na tą okazję cieplej ubrać (dobrze, że wiozłam zimowe rękawice z membraną). Słowacja żegnała nas chłodno, a góry spowite były chmurami. Po przekroczeniu granicy było już znacznie cieplej, ale zatrzymaliśmy się, żeby napić się coś ciepłego i odtajać.

Na koniec w planie wycieczki była kultowa Przełęcz Salmopolska, musieliśmy trochę nadrzucić kilometrów, ale było warto. Przynajmniej w połowie, bo na szczyt droga była słabej jakości, a z górki już jechaliśmy idealnym i krętym asfaltem.

Potem było już tylko gorzej… Oczywiście, trasa do Raciborza na maksa zakorkowana! A do tego coś mi się zaczęło dziać ze sprzęgłem, więc starałam się je oszczędzać. Już przy Ogrodzieńcu były pierwsze objawy, biegi cięzko wchodziły, ale pomogła regulacja pokrętłem przy klamce. Na koniec zrobiło się trudniej, bo zmiana biegu była możliwa dopiero przy maksymalnym dociśnięciu klamki do kierownicy, a motocykl ruszał praktycznie przy klamce całkiem puszczonej. Nerwy już miałam nieźle napięte! Bo nie dość, że ciężko się jedzie, to jeszcze ruch maksymalny. Zatrzymaliśmy się na obiad, zadzwoniłam do mechanika, a on doradził, że najlepiej (póki jesteśmy w dużym mieście) podjechać do jakiegoś serwisu motocyklowego.

Była już prawie 17, ale znaleźliśmy serwis czynny do 18. Ruszamy, a Emil mi mówi, że nie mam światła z przodu! Nosz kurde – kumulacja! Podjechaliśmy do Migus Motocykle, gdzie powitał nas sympatyczny właściciel. Już wiedziałam, że motocykl jest w dobrych rękach. Przejechał się i wyregulował tą linkę z klamką tak, że normalnie (choć większej siły trzeba użyć) dało się wbijać biegi. Przy ruszaniu nadal ciągnęło dopiero na końcu, ale to już oddam Dziabąga do serwisu po powrocie, bo tu raczej wymiana linki/klamki będzie konieczna. Żarówka oczywiście też wymieniona. Przy okazji sympatycznie sobie pogadaliśmy i mogę z czystym sumieniem ten serwis polecić.

Było już późno, ale drogi przez to mniej oblegane, biegi dało się zmieniać, więc kilometry leciały dużo szybciej. Mieliśmy spać pod Opolem, gościnnie u Sisters MotoTeam, ale jak się okazało, że mamy jeszcze siły, a do domu już coś, ponad 100 kilometrów to postanowiliśmy pociągnąć dalej. Zostaliśmy w gościach do 21, rozgrzewając się nieco herbatką przed dalszą drogą i ruszyliśmy. Dojechaliśmy do Brzegu Dolnego ok. 23 ( wyszło 470 km) i powiem Wam, że nie ma to jak w domu! Szczególnie jak się wraca z głową pełną wrażeń 😉 .

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Za górami, za lasami, za zamkami, Zamki i pałace | Otagowano | Dodaj komentarz

„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 2 (Bieszczady i Słowacja)

W Bieszczadach planowaliśmy 2 noce, tym bardziej ucieszył nas fakt, że dostaniemy własną chatkę. I to jaką! Pełną historii Sadybę, którą właściciele przywrócili do stanu używalności i obecnych standardów, pozostawiając jednak sporo z jej dawnego wyglądu. Zobaczcie sami, jak wyglądała ona przed:

i po remoncie:

Tym razem nasz pobyt w Bieszczadach miał być typowo wypoczynkowy, a spragnionych zakrętów zapraszam do relacji z naszego, poprzedniego tam pobytu. Spało się bardzo wygodnie i (o dziwo!) cicho, bo okna stare, ale jednak nadal izolują. Poza tym w gorące dni, gdy chata była zamknięta – to w środku panował przyjemny chłód.

Rano postanowiliśmy zrobić sobie mały spacer wzdłuż Jeziora Myczkowskiego. Większość linii brzegowej to prywatne miejsca, ale udało nam się znaleźć takie, ogólno-otwarte, dla wędkarzy. Postanowiliśmy iść dalej linią brzegową, choć napotykaliśmy nieco naturalnych przeszkód np. zwalonych drzew, czy wciągającego, bagnistego podłoża, aż do miejsca, gdzie już całkiem teren był zalany i trzeba było zawrócić.

Emil miał już zaplanowane popołudnie, bo mecz polska reprezentacja akurat miała grać, a ja trochę w tym czasie poczytałam i poleniuchowałam. Po krzykach na wiosce łatwo wyliczyłam, że gol dla nas był jeden, a wynik nie był zadowalający… Poznałam przy okazji mieszkańców spod okolicznych kamieni – dwie jaszczurki, nawet już nieco oswojone z obecnością człowieka. W Myczkowiance (gdzie serwują pyszne domowe posiłki) są 3 koty i 2 psy (jeden tak sobie nas upodobał, że przychodził do nas sobie „pomieszkać”). A wieczorem zaintrygowała nas jakaś muzyka i się okazało, że pod Myczkowianką, tak na spontanie grają sobie i śpiewają goście. Super!

Kolejnego dnia od rana znowu na motocyklach, do pokonania 350 kilometrów. Tym razem poniosło nas w stronę Tatr, ale od strony słowackiej. Dotarliśmy tam, omijając główne drogi, przez Cisną i Magurski Park Narodowy. Drogi były fajne i w większości kręte, choć momentami asfalt nie zachwycał. Po drodze mijaliśmy znaki, żeby uważać na wilki i niedźwiedzie, ale (na szczęście) żadnego z nich nie spotkaliśmy.

Na Słowacji zależało nam najbardziej na przejechanie trasy 537 u podnóży Tatr Wysokich. Nie było zimno, ale też i nie słonecznie – może dlatego jakoś nie było wielkiego zachwytu nad górską panoramą. Super jest być pod tak wielkimi szczytami, krajobrazy są przepiękne, ale czułam taki niedosyt, że nie można podjechać bliżej. Mimo, że co chwilę była asfaltowa droga w stronę gór, to każda opatrzona zakazem wjazdu dla samochodów i motocykli. Jakość drogi była zmienna, ale zakręty zdecydowanie umilały podróż.

Przed wyjazdem do Słowacji nasłuchałam się o wysokich mandatach i ograniczeniach prędkości (które u nas wszyscy mają w d…) . I wiecie co? Całkiem mi się to spodobało! Jedzie się na luzie, wszyscy w równym tempie. Żadnych narwanych, do wyprzedzania za wszelką cenę, kierowców. Byłam na urlopie i odpoczęłam na drodze. Serio. W Słowacji czułam się bezpiecznie jako motocyklistka. Fakt, nieco się człowiek umorduje, jak miejscowość ma kilka kilometrów i trzeba jechać te 50 km/h, ale za to kraj ten ma dużo niższe notowania wypadków ze skutkiem śmiertelnym od Polski.

Niedaleko miejsca docelowego zatrzymaliśmy się na tankowanie, a na stacji spotkaliśmy sympatycznego, słowackiego motocyklistę. Jego zdaniem te ograniczenia prędkości to jakiś mit, „motorków” policjanci nie zatrzymują, ale lepiej w zabudowanym tych 80 km/h nie przekraczać 😀 . Przy okazji nasz nowy kolega zaprowadził nas do knajpki, gdzie warto zjeść. Stwierdziliśmy, że może spróbujemy steka po słowacku. Ale to co dostaliśmy, zaskoczyło nas zupełnie ponieważ stek był dość mały, a do tego ugotowany!

Dwie kolejne noce mieszkaliśmy w domku Privat Abeta w miejscowości Pavlova Ves. Odkryliśmy to miejsce wracając z Chorwacji i chętnie tam wracamy. Bo to osobny domek na jednym podwórku z domem właścicieli, do dyspozycji czysta kuchnia i łazienka, a przede wszystkim motocykle są bezpieczne na osłoniętym, prywatnym terenie. Do tego piękne, górskie widoki. Tam też pies postanowił trochę z nami pomieszkać, szczególnie jak coś gotowaliśmy haha.

C.D.N.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Za górami, za lasami, za zamkami | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 1 (Jura Krakowsko-Częstochowska)

Nasza tygodniowa wycieczka zaczęła się zbyt późno… To znaczy, obudziłam się, zobaczyłam, która już jest godzina i zamarłam. Bo niby dlaczego budzik o 7 rano nie zadzwonił??? Okazało się, że miałam ustawione wyciszenie dźwięków w niedzielę do godz. 9.00, niby logiczne, nie? haha Także z porannym ogarnięciem się i całym pakowaniem bagaży na motocykle – gotowi byliśmy jakoś koło południa. Na szczęście kilometrów na pierwszy dzień przewidzieliśmy ok. 360, a w tym dojazd do Będzina i zwiedzanie 3 zamków w okolicy.

Podróż docelowa całkiem szybko zleciała. W Będzinie gościnnie zaopiekował się nami Szczepan ze Stowarzyszenia Motocyklowego Wyciągnięte ze Stodoły. Mogliśmy u niego zostawić rzeczy, poznać rodzinę, zjeść pyszną kolację, a rano ruszyć w dalszą trasę. Bardzo fajny z niego człowiek, nauczyciel i działacz. Dzięki niemu młodzież ma możliwość rozbierania i składania starych motocykli, jeżdżenia nimi, a nawet startowania w zawodach. Najbliższe odbędą się już 30 czerwca, będzie to Wojkowicka Motocyklowa Inicjatywa Błotna, może ktoś się skusi??

Po zapoznaniu z naszym gospodarzem ruszyliśmy w stronę zamku w Bobolicach, który wyróżnia się tym na Jurze, że pięknie jest odnowiony. Zupełnie przez przypadek wpadliśmy także na ruiny zamku w Mirowie. Drogi tam są raczej proste, ale ładny krajobraz urozmaicają skały wapienne. Zamek w Bobolicach jest częścią fortyfikacji granicy tzw. „Orlich Gniazd”. Zamek zmieniał swoich właścicieli, a po działaniach wojennych popadł w ruinę. Z własnych środków odbudowała go rodzina Laseckich, przywracając do kształtu zbliżonego do tego z XVI wieku (co ma swoich zwolenników i krytykujących te działania historyków). Sam zamek robi wrażenie ładnym położeniem na wzniesieniu i zachowanym klimatem wnętrz. Ma swoją legendę o Białej Damie i skarbie, który jest ponoć w tunelu pomiędzy zamkiem w Bobolicach a zamkiem w Mirowie.

Kolejnym odwiedzonym miejscem był Ogrodzieniec, gdzie z zamku pozostały ruiny, ale w takim stanie, że można jeszcze je zwiedzać wewnątrz. Wrażenie robi głównie jego wielkość i okoliczne formacje skalne. Niezbyt podobało mi się połączenie zamku z parkiem rozrywki obok, ale być może to dobry (i komercyjny) sposób na łączenie historii z obecnymi czasami. Historia zamku sięga 1241 roku, jednak ruiny, które po nim pozostały to już zarys zamku renesansowego z 1545 roku. Zamek ucierpiał w wojnach, wielkim pożarze i przez nieodpowiedzialnych właścicieli. Obecnie ma formę tzw. trwałych ruin, a dzięki ułatwieniom dostępu (schody, barierki) można go obejść prawie w całości. To miejsce ma klimat, to niby same ruiny, ale wciągające na tyle, że chce się wejść w każdy ich zakamarek.

Wróciliśmy do Będzina dość fajną drogą 790. Rano podjechaliśmy odwiedzić tamtejszy zamek, ale niestety w poniedziałki ze zwiedzania nici, bo zamknięte. A szkoda, bo powierzchownie super się prezentuje – będzie pretekst, żeby wrócić.

Podobnie było z zamkiem w Wiśniczu, do którego się nie dostaliśmy.

Nieco lepiej było w Zamku na Pieskowej Skale, gdzie chociaż otwarty w poniedziałek był dziedziniec i taras widokowy. Zdjęcia z wnętrz i zadbany ogród jednak obrazują, że warto tam wrócić w inny dzień. Potem pojechaliśmy bardzo ładną drogą 773 (a potem w dół w stronę Wiśnicza), gdzie miejscami domki wkomponowane były w skały, no i było kilka fajnych zakrętów.

Przez te zamknięte zamki pozostał nam jakiś niedosyt, ale na mijanym znaku zauważyłam, że jesteśmy już całkiem niedaleko Limanowej, gdzie powinna być jakaś fajna i kręta trasa, bo tam rozgrywa się samochodowy wyścig górski. Wygooglowałam, gdzie ta droga i zrobiliśmy sobie dodatkowy objazd z niespodzianką. Nieco się umordowaliśmy w jakiś korkach i mijankach, ale było warto! Trasa jest przecudna! Idealny asfalt, genialne, szerokie i zabezpieczone zakręty – spełnienie marzeń wyścigowych, jak i tych zwyczajnych motocyklowych.

Nasza wycieczka początkowo miała obejmować Jurę i Tatry, ale jak zobaczyliśmy, że tak blisko będziemy Bieszczad – to postanowiliśmy odwiedzić tam zaprzyjaźnioną Myczkowiankę. Jednak potem było już tylko nudno, bo trasa w Bieszczady to dużo prostych, dużo terenu zabudowanego i do tego mega korek pod Nowym Sączem. Początkowo się nieco przepychałam, ale jak raz czy dwa razy było tak ciasno, że na lusterka – to dałam sobie spokój. Bo nie po to jadę na wakacje, żeby się stresować czy uszkodzić sobie motocykl, a komuś samochód. Przeturlałam się do ronda, a potem już jakoś szło.

Niestety coraz bardziej wjeżdżaliśmy w czarne chmury i zaczęło padać. Zatrzymałam się przy jakiejś budowie, żebyśmy mogli ubrać kombinezony przeciwdeszczowe. Okazało się, że tam właśnie budowana jest stacja benzynowa i ma już nawet zadaszenie. Sam właściciel podszedł do nas i zaprosił pod daszek. Bardzo sympatycznie. Przebraliśmy się i kolejną godzinę jechaliśmy w bardziej lub mniej padającym deszczu. Prędkość spadła, to i kilometrów powoli ubywało. Bolała mnie szyja, ramiona, tyłek i miałam dość. Przy życiu trzymała nas myśl, że na kolację będzie smażona rybka w Myczkowiance, a tablica z nazwą miejscowości była prawdziwym wybawieniem. Przejechaliśmy tego dnia 400 kilometrów, z czego 100 w deszczu.

C.D.N.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Za górami, za lasami, za zamkami, Zamki i pałace | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Czeska strona szczęścia

Zwykle w weekend odwiedzam Kotlinę Kłodzką, więc niedziela stała się pretekstem, by przekroczyć granicę, która jest już „rzut beretem”. Uwielbiam Czechy, głównie za jakość asfaltu, ale także za: Kofolę, ciemne piwo, smażony ser i lentilki 🙂 . Wytyczając trasę kierowałam się głównie krętością asfaltów, więc na pierwszy ogień poszła droga 44. Wyjechaliśmy z Emilem jakoś ok. 11, a do przejechania ok. 130 kilometrów było.

Tego co zobaczyliśmy na drodze 44, kompletnie się nie spodziewaliśmy! W niedzielę ujeżdżało tą trasę ok. 60 motocyklistów, a w tym ok. 1/3 polskich. Na dół, nawrotka, do góry nawrotka i tak w kółko! Samochody to na tej drodze prawdziwe zawalidrogi, ale na szczęście nie były też, jakoś specjalnie liczne.

Jechałam na dół, tak raczej na spokojnie, bo nie czuję się pewnie na ER-6n w serpentynach (najkrętsze swoje wycieczki pokonywałam Yamahami serii MT, które same po prostu się składają), a poza tym z każdej strony atakowali mnie „szybcy i wściekli”, schodzący na kolanko. Mieliśmy ze sobą kamerę, więc zamontowaliśmy ją na motocyklu Emila, który postanowił jeszcze się trochę w tych zakrętach poskładać i powstał mały filmik z przebiegu trasy, który możecie obejrzeć na facebooku facebook.com/pamietnikmotocyklistki.

Pojechaliśmy dalej, by skręcić w boczną trasę przez góry, a potem jeszcze jedną w miasteczku Branna (gdzie wpadam zwykle pooglądać wyścig miejski). Z dużym niedosytem wróciłam z Czech, bo widoki były powalające, jednak niepozwalające na bezpieczne zatrzymanie się i robienie zdjęć (wąsko, stromo, kręto i linie ciągłe).

Wróciliśmy naszą, polską serpentyną Orłowiec-Złoty Stok, jednak najpierw musieliśmy przetrwać te „wyrypy”, bo trasa niestety nie jest wyremontowana w całości. Jest czego zazdrościć Czechom, bo dbają o swoje drogi wyjątkowo!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

I znów rajdowy weekend

Kalendarz RSMP w tym roku jest dość nietypowy, bo dwa rajdy rozgrywane na Dolnym Śląsku odbyły się jeden po drugim (zwykle były wiosną i jesienią). W sobotę pracowałam, więc ok. godz. 17 mogłam wyruszyć do Kotliny Kłodzkiej. Zdecydowanie miało to swoje plusy, bo 8-mka nie była mocno oblegana i po wyprzedzeniu paru maruderów, mogłam się cieszyć pustą drogą i zakrętami.

Tuż pod domem rodzinnym mijały mnie nawet rajdówki, które zmierzały na wieczorny odcinek. Zatrzymałam się na chwilę, a przejeżdżający kierowcy mi machali – poczułam się, jakbym się cofnęła do czasów dzieciństwa. Bo to właśnie sympatyczni zawodnicy i autografy od nich sprawiły, że na serio zainteresowałam się rajdami – przez wiele lat jeździłam na nie z przyjaciółmi po całej Polsce, a nawet w świat. Teraz to już przeszłość, ale sentyment do rajdówek pozostał…

Wstałam rano w niedzielę dość wcześnie (jak na weekend), by znaleźć się na odcinku, który startował o 9.30. Mapy google poprowadziły mnie jakimiś skrótami, wąziutką drogą z piękną panoramą na kotlinę. Pod odcinkiem (jak zwykle haha) złapałam dobry kontakt z parą policjantów, zaparkowałam i ulokowałam się przy trasie. Zakręt był całkiem fajny, jedna załoga go nawet „przestrzeliła”, ale przed samochodami historycznej części rajdu postanowiłam przemieścić się nieco dalej.

Znienacka na mojej drodze pojawił się jakiś kibic i mówi, że w sumie to się znamy, choć tylko wirtualnie (oj, ta sława hahaha). Okazało się, że to faktycznie wieloletni znajomy, który przesyłał mi galerie rajdowe, gdy jeszcze prowadziłam stronę o rajdach. A i teraz chętnie czytający, i komentujący mojego, motocyklowego bloga. Nie miałam pojęcia, jak wyglada, aż tu nagle po latach na siebie wpadliśmy – sympatycznie.

Kolega pojechał dalej, a ja szukałam dla siebie lepszego miejsca na odcinku i czasem nagrywałam jakiś filmik z przejazdu. Udało mi się uchwycić, jak Polonez o mały włos nie wylądował na dachu w rzece (filmik znajdziecie na facebooku). Na szczęście kibice byli zdeterminowani i mimo kilku nieudanych prób, walczyli uparcie, aż wytargali go z powrotem na drogę, dzięki czemu mógł ukończyć rajd.

Wyskoczyłam do domu na obiad i na kolejny, ostatni już odcinek rajdu. Trasa była w lesie i prowadziła do niej tylko jedna malutka dróżka. Nic jednak nie wskazywało, że to będzie droga usłana wielkimi kamieniami (szutrowa, ale z grubego materiału). Jechało się tragicznie! Koła się uślizgiwały, więc był niezły taniec, a na dodatek zatrzymałam się na chwilę, żeby na podjeździe ominąć rozkopaną koleinę (która mogła mnie wciągnąć) i zgasł mi motocykl! Znów poczułam się tak, jak jakieś 7 lat temu, gdy uczyłam się jeździć w terenie. Na szczęście umiejętności mam już nieco inne i choć ostro pod górkę, to udało mi się ruszyć dalej. Po drodze wyprzedził mnie inny motocyklista i coś krzyknął, że ciężko jest, ale damy radę! Po dojechaniu na miejsce droga była już o niebo lepsza (bo ubita), ale już postanowiłam, że wracać będę asfaltem, jak po rajdzie drogę otworzą.

Po zaparkowaniu okazało się, że ten motocyklista też mnie zna! No nie! haha Jakieś 4 lata temu jechaliśmy razem w grupowej wycieczce na 100 zakrętów. Obydwoje mieliśmy wtedy inne motocykle. Sławek przyjechał na rajd, aż ze Zgorzelca i miło sobie czas na odcinku razem spędziliśmy. Potem on pojechał na metę, a mnie czekała jeszcze 2-godzinna trasa do domu. To była super niedziela, zachwycające krajobrazy, zaskakujące spotkania i nieco sentymentalnego powrotu do przeszłości….

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Plan wycieczki motocyklowej – „Za górami, za lasami, za zamkami”

W czerwcu razem z Emilem ruszamy na wycieczkę-tygodniówkę, ok. 1500 km, po Polsce i terenach przygranicznych. Plan obejmuje odwiedzenie następujących punktów:

POLSKA
1. Zamek Bobolice
2. Zamek Będzin lub Ogrodzieniec
3. Zamek Pieskowa Skała
4. Zamek w Wiśniczu
5. Pauza w Myczkowianka (Bieszczady)
6. Zamek Dunajec w Niedzicy
SŁOWACJA
7. Dookoła Tatr
(Rozważam Słowacki Raj na 1 dzień)
8. Zamek Orawski
POLSKA
9. Beskidy
https://goo.gl/maps/NN6MSRQssKF2

Nie jest to ostateczny plan, elastycznie do niego podchodzę 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Za górami, za lasami, za zamkami | Dodaj komentarz

Międzynarodowy Dzień Motocyklistki

Dzień Motocyklistki, to nie jest takie święto, kiedy wszystkie motocyklistki mają wolne w pracy, a szkoda… Obchodzić je mogłam dopiero po 16, więc razem z Martą włożyłyśmy nasze „świąteczne” wdzianka i wyruszyłyśmy do Wrocławia, gdzie motocyklistki od rana już świętowały. Dziewczyny pojechały na kilkugodzinną, wspólną wycieczkę, a potem bawiły się grillu pod siedzibą Harleya.


fot. Andrzej Turczyn

Przywitałyśmy się z dziewczynami, trochę „pozwiedzałyśmy”, ale jednak jazdy nam brakowało, więc postanowiłyśmy jeszcze nieco polatać. Zaczepiłyśmy o Zamek Topacz obok i całkiem okrężną drogą ruszyłyśmy w stronę domu. Po drodze mijałyśmy „ciekawy” przypadek rzygania przez otwartą szybę w samochodzie podczas jazdy… A była dopiero ok.20 haha.

Chciałam odtworzyć trasę, jaką kiedyś jechałam z mapami google, ale ona miała zupełnie inne zdanie w tym temacie. Najpierw uparcie wysyłała nas na główne trasy, a potem przegięła w drugą stronę, bo wysłała nas na drogę, gdzie asfaltu nie było wcale. Dotarłyśmy do domów ok. godz. 21, a przy okazji wyszła całkiem urocza sesja naszych motocykli z różowymi chmurkami.

p.s. Ostatnie zdjęcie przerobiła Marta.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Majówka

Nie miałam jakiegoś genialnego planu na majówkę, bo ostatnio narzekałam nieco na brak wolnego czasu na tzw. leniuchowanie. Postanowiłam się nie spinać, że coś „muszę” i więcej się obijać, niż czas ten zaplanować. Weekend przemknął mi przeplatany rodzinnymi imprezami i grillami (ok 300 km przy okazji nawinięte z punktu A do B), a we wtorek powstał spontaniczny plan wzięcia udziału w weselnej paradzie.

Napisała do mnie Marta, że w naszym mieście zbiera się ekipa, by zrobić motocyklowe „łutututu” pod kościołem, gdzie ślub bierze motocyklista. Imiona pary młodej poznałam wprawdzie z etykiety ślubnej flaszki (którą każdy otrzymał), ale fajnie, że się załapałam po raz pierwszy na takie wydarzenie. Chwilę przed wyjazdem Marta wymyśliła, że może byśmy się jakoś na tą weselną okazję ustroiły? Poszperałyśmy w szafach i znalazły się kolorowe spódniczki, hawajskie naszyjniki oraz tasiemki.

Spotkaliśmy się na stacji benzynowej, gdzie zjechało się 16 motocykli z okolicy. Było też kilka dziewczyn, ale tylko ja i Marta na własnych motocyklach. Najwięcej było ścigaczy, więc nieco zaczęłam się martwić, jakie będzie tempo tej parady, ale organizator zapewnił, że ogarnie towarzystwo. Faktycznie tempo było spoko, hałasu mnóstwo i ogólnie robiliśmy wrażenie.

Tuż pod miejscowością nagle wszyscy zaczęli hamować, bo o mały włos nie wpadliśmy na policyjny patrol – grzecznie dojechaliśmy więc pod kościół. Musieliśmy chwilę poczekać na zakończenie mszy, potem to już było „łutututu” i palenie gumy 🙂 .Weselna sala była obok, tam odprowadziliśmy młodą parę i każdy otrzymał swój % z wesela.

Szkoda było tak pięknego dnia, by jechać do domu, więc z Martą postanowiłyśmy kontynuować szukanie zamku dla „motocyklowych księżniczek”. Zostałyśmy w kolorowych ozdobach, bo w końcu był 1 maj i trzeba wnieść w życie nieco radości. Wszyscy się uśmiechali na nasz widok (nawet policjanci), dzieciaki się cieszyły i ludzie machali. W sumie to stwierdziłyśmy, że musimy robić takie przebieranki częściej, bo ocieplamy tym samym motocyklowy wizerunek.

Tylko te zamki nieco słabe były, tzn pierwszy był fajowy, ale otwarty tylko w czasie wynajęcia na imprezy. A drugi, jak to Marta stwierdziła: „jakiś jaki ubogi” 🙂 . W tym przypadku muszę przyznać, że nie liczył się cel, ale droga – bo te były świetne. Czasem wąskie i odludne, czasem gładkie i kręte, a i pogoda nam dopisywała.

p.s. Nakleiłam już nowe paski na felgi Barracudy, które dostałam w prezencie od moto-style.pl. Świetnie się trzymają i dobrze wyglądają:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Znajdź różnicę :-)

Kto ma rację?

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

Rajdowa niedziela

Z sentymentu do mojej dawnej pasji, która mnie pochłaniała totalnie – wybrałam się na Rajd Świdnicki. Tak tylko symbolicznie, na jeden najbliższy odcinek, pod Świdnicą. Namówiłam Justynę, żeby ze mną pojechała, bo mieszka bardzo blisko trasy rajdu.

Dojechałam do Świdnicy, a potem już razem ruszyłyśmy w stronę odcinka. Po drodze nieco się pokręciłyśmy, ale udało się namierzyć start. Zaparkowałyśmy tuż obok… patrolu policyjnego. Ja tam mam zawsze o policjantach dobre zdanie, bo każde z nimi spotkanie miałam sympatyczne. Tak było i tym razem, pan sam nas zagadał, a rozmowa tak się rozkręciła, że musiałam przypomnieć, że zaraz startują 🙂 .

Musiałyśmy kawałek podejść, minąć linię startu i wejść do lasu, gdzie była partia zakrętów. Oczywiście pierwsze załogi w stawce robią piorunujące wrażenie, potem już więcej gadałyśmy, niż oglądałyśmy. Na koniec miał jechać rajd historyczny – to zeszłyśmy na start bliżej się przyjrzeć tym perełkom.

Potem dopadł nas głód i Justyna zaprosiła mnie do siebie na placki ziemniaczane własnej roboty. Było pysznie i nadrobiłyśmy wszystkie zaległości w rozmowach po zimowej pauzie motocyklowej. Usłyszałyśmy przez okno rajdówki i się okazało, że zjeżdżają się na metę w rynku – to tam też na chwilę poszłyśmy. Ładny ten ryneczek, a i ludzi na mecie było sporo.

Droga do domu fajnie zleciała, pogoda dopisała, więc niedzielę uważam za bardzo udaną!
A dzień wcześniej ściągałam swoje stare paski z felgi, zmyłam klej i odtłuściłam, żeby przykleić nowe, takie odblaskowe. Jednak po niedzielnym wyjeździe okazało się, że nie zbyt dobrej jakości, bo mi w czasie jazdy…. poodpadały!

Byłam też na przeglądzie, co uwiecznił na zdjęciu (po kryjomu) jeden z pracowników 🙂 Tuż przed nim mało nie dostałam zawału, bo sprawdzam światła i… kierunkowskaz ledowy z tyłu nie działał! Już tak kiedyś miałam i wystarczyło styki docisnąć. Ściągnęłam kanapę i dupa! Nie działa i już. Ostatni dzień przeglądu, śpieszę się do pracy na popołudnie, a tu taka niespodzianka! Na szczęście pan od przeglądów już na starcie powiedział, że też jest motocyklistą, więc była szansa na opanowanie sytuacji. Sam próbował mi usterkę usunąć, a gdy się nie udało to sprawdził wszystko inne, podbił mi przegląd, ale z adnotacją, że kierunkowskaz nie działał, ufffff. Przy okazji miło sobie z Marcinem o motocyklach i podróżowaniu porozmawiałam.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Spontan Żmigrodzko-Milicki

W ubiegłą sobotę był czas na jazdę motocyklami, więc szukaliśmy ku temu celu czy okazji. Okazało się, że całkiem niedaleko – w Żmigrodzie jest motocyklowe rozpoczęcie sezonu. Niewiele było informacji o przebiegu tej imprezy, więc potraktowaliśmy ją jako wstęp do dalszej jazdy. Wyjechaliśmy na 3 motocykle, a na miejscu dołączyły jeszcze 2. Impreza zgromadziła nieco motocyklistów, organizator zapewnił darmowego grilla i konkursy z nagrodami.

Całość zakończyć się miała na paradzie, jednak my na nią nie wyjechaliśmy, bo Emil utknął na stacji benzynowej i ekipa nam odjechała. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą trasę, którą wstępnie nakreślił Tomek. Znalazł w necie trasę „5 mostów”, która jednak dedykowana była rowerzystom, więc stan nawierzchni dróg był wielką zagadką.

Kilkanaście kilometrów po starcie okazało się, że trasa obfituje w przejazdy drogami z kamiennej kostki i to nie tej drobnej, tylko konkretnej, co wytelepie po całości. Postanowiliśmy wrócić drogą S5 i wystartować od nowa, ale w stronę Milicza. Jazda eSką to dla mnie „mordownia” – przypomniałam sobie jak bardzo nie lubię jeździć motocyklem ekspresówkami i autostradami. To zabija we mnie całą przyjemność z jazdy, szybko, głośno, prosto, nudno i głowę chce urwać. Potem było już tylko lepiej – fajne, kręte drogi przez odludne momentami tereny, wśród jezior i bagien.

Celem był Milicz – ruiny Zamku Książąt Oleśnickich i zaraz obok Pałac Maltzanów z pięknym parkiem. W pałacu obecnie jest Zespół Szkół Leśnych, a dzięki wskazówkom miejscowych, na jego teren mogliśmy wejść bocznym wejściem.

Była kiełbaska, to jeszcze przydałby się jakiś deser, więc kolejny przystanek był w rynku z przerwą na kawę i ciacho.

Udaliśmy się potem na taką małą brukowaną drogę pomiędzy jeziorami, na której byliśmy jakiś czas temu i był tam wtedy całkowity zakaz wjazdu. Teraz z jednej strony droga jest otwarta całkiem, a z drugiej mogą tam wjeżdżać motocykle. Super wrażenia!

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze wieżę widokową nad stawem Grabownica. Nie obyło się bez małego błąkania po okolicy, ale na koniec udało się praktycznie pod nią podjechać.

Po powrocie na miejsce, gdzie zaparkowaliśmy motocykle – czekała mnie przykra niespodzianka! Zawsze wożę ze sobą podkładkę pod stopkę motocykla i podkładam ją, gry teren jest nieco grząski. Nie spodziewałam się jednak, że taka podkładka może najzwyczajniej pęknąć, czego skutkiem jest wywrotka motocykla! Strasznie się zdenerwowałam! Klamki na szczęście całe, oberwał kufer – uszkodziła się zasuwka, a z jednej lagi wyciekło nieco oleju. Dało się dalej jechać, ale „wkurw” na podkładkę sygnowaną marką Louis pozostał… Zamek jest w zakładzie, który spróbuje tworzywo pospawać, a na wymianę oleju i uszczelniaczy muszę uzbierać kasę.

W drodze powrotnej jechało się dość ciężko, bo słońce było nisko i momentami nic nie było widać. A na zwieńczenie wycieczki zaliczyliśmy jeszcze jedne „kocie łby”. Tu kilka ujęć z kamery Tomka:

Dziękuję ekipie za super dzień i wycieczkę!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zamkowa niedziela z Martą

Wreszcie mamy wiosnę, a czasami to myślę, że wczesne lato – bo gdzieś się zatarły te temperatury przejściowe. Sobotę miałam pracującą, ale już niedzielę w pełni mogłam przeznaczyć na jazdę motocyklem. Większość znajomych jechała do Częstochowy, ale mnie jakoś nie ciągnie na, aż tak masowe imprezy.

Zapytałam koleżankę Martę, czy ma czas w niedzielę, a jak potwierdziła to powstał plan zupełnie babskiej wycieczki. Dlaczego? Bo babskie wycieczki są spontaniczne, przeplatane kobiecym spojrzeniem na świat i naszą pasję. Czasami mam ochotę przebywać w gronie samych motocyklistek. Zapodałam posta na motocyklowych grupach i zgłosiły się dziewczyny chętne na wspólne jeżdżenie, ale niestety bez czasu w tą akurat niedzielę. Ostatecznie wyjechałyśmy dwie.

Plan wycieczki powstał z mapami google. Od sierpnia mieszkam w Brzegu Dolnym, więc zakres moich wyjazdów poszerzył się o woj. wielkopolskie. Co robi blondynka szukająca inspiracji na wyjazd? Wpisuje zamek lub pałac w mapach i google wskazuje takie punkty w okolicy. Potem trzeba połączyć te kropki z pominięciem głównych tras i już jest ciekawa wycieczka! Niestety nie wszystkie miejsca google oznacza, więc po wyczerpaniu tej metody trzeba już szukać ciekawych miejsc na stronach www.

Ruszyłyśmy o 12 w kierunku Milicza, nie obyło się bez zawracania, bo musiałyśmy złapać stację benzynową, a trasa zaczęła zbaczać na „zadupia”. Jednak nic nie dzieje się bez powodu, bo zupełnie przypadkiem wpadłyśmy na Żmigrodzki Zespół Pałacowo-Parkowy. Stoją tam ruiny, spalonego przez armię radziecką, zamku oraz całkiem zachowana baszta, która jest punktem informacji turystycznej. Ruiny zamku są tak zabezpieczone, że można do nich wejść i wspiąć się schodami. Na naszej trasie było kilka punktów, więc nie miałyśmy czasu na dokładne zwiedzanie. Jednak z pewnością każdy z nich jest wart powrotu i dokładniejszej analizy 🙂 .

Trasa wiodła przez Milickie Jeziora, droga jest tam świetna, jednak zupełnie uniemożliwiająca bezpieczne zatrzymanie się i znalezienie ładnej panoramy. Potem skręciliśmy na mniejsze drogi, o różnym stanie nawierzchni, czasem tak wąskie, że motocykl z samochodem ledwo się mijał. Małe wioseczki, lasy, super klimaty!

Dotarłyśmy do punktu, w którym znajdować się miały ruiny zamku w Starym Sielcu. Droga do niego prowadziła przez prywatny teren małego dworku, a że to jedyna droga to przymknęłyśmy oko na mały znak zakazu na bramie i tam wjechałyśmy. Niestety na zewnątrz była jakaś pani i bez krzyku, ale jednak stanowczo wyprosiła nas z terenu. Spytałam jeszcze, jak się dostać do zamku inaczej, to odpowiedziała, że niektórzy wchodzą jakoś z drugiej strony. Odpaliłam mapy google i znalazłam ślepą drogę, na którą się udałyśmy.

Po drodze zaczepiłyśmy rowerzystów, którzy powiedzieli nam, że pani dzierżawi teren, ale ruiny zamku już nie. Można się do nich dostać idąc wzdłuż lasu, a droga asfaltowa zamieni się w polną. Pojechałyśmy. Piach był momentami grząski, ale też i ubity – trzeba było zmieniać tor jazdy i udało się bezpiecznie podjechać. Tyle, że droga zamiast wieść do lasu, odbiła w drugą stronę, a z tego miejsca zamek był dość głęboko w gęstwinie. Odpuściłyśmy sobie ten punkt. Ja jeszcze tam wrócę, tylko podjadę pod pierwszy wjazd i po prostu obejdę zabudowania.

Rowerzyści powiedzieli nam, że ładny pałac jest jeszcze w Smolicach, więc tam też podjechałyśmy, choć obiecanej kawy tam nie było. Za to był imponujący, 18 hektarowy park! Sam pałac pochodzi z konca XVIII wieku, jest siedzibą firmy oraz są tam lokale mieszkalne – nie widziałyśmy żadnej możliwości wejścia do środka.

Naszym głównym celem był jednak Hotel-Zamek w Rydzynie. Zobaczyłyśmy tam duży kompleks budynków, a sam zamek powstał XVII wieku. Działania wojenne nieco go splądrowały, jednak miał to szczęście, że trafiał w ręce ludzi, którym zależało na odtworzeniu jego dawnego stanu. W zamku jest hotel, sale konferencyjne i restauracja, a na zewnątrz bardzo ładny park. Udałyśmy się na zasłużoną i wyczekiwaną kawę, choć historyczne wnętrza restauracji nieco kontrastowały z naszym wyglądem i wzbudziłyśmy ogólne zainteresowanie innych gości haha. Wychodząc zobaczyłam… Rzymianina, yyyy, serio 😀 . Okazało się, że panowie obstawiali jakąś wystawę. Marta zapytała, czy możemy zrobić sobie z nimi zdjęcie, no i mamy takie na pamiątkę!

Dochodziły do nas wieści, że po okolicy szaleją burze, co zmotywowało nas do odwrotu, szczególnie, że godzina też już późna była, a do domu jakieś 80 km. Do tego padł mi telefon, a w nim była nawigacja. Marty telefon nie mieścił się w moim etui, a już zaczynało kropić. Musiałyśmy jechać z pamięci i na znaki, jak w czasach, gdy nawigacji jeszcze nie wymyślono haha. Trochę prowadziłam ja, trochę Marta, aż w końcu stało się… Dopadła nas mega ulewa, a momentami to chyba nawet grad. W takiej sytuacji od razu szukam przystanku autobusowego, niestety po drodze mijałyśmy tylko takie z samym słupkiem. Wreszcie z boku dojrzałam jeden, zaczęłam zwalniać, co na szczęście dojrzała Marta, która jechała przodem. Pokazałam jej, że zawracamy i wpakowałyśmy się pod wiatę przystanku. Była mi bardzo wdzięczna, bo miała na sobie skórzany strój, bez membran w jakie wyposażone jest moje ubranie. Gdyby jej namokło, to godzina jazdy, w 10 może stopniach, dobrze by się raczej nie skończyła.


Plus tej sytuacji był taki, że wiał wiatr i szybko przeganiał chmury. Poza tym trasa jakoś tak nas poprowadziła, że raz pioruny waliły po prawej stronie, raz po lewej, a my jakoś tak środeczkiem, suche do domu! Dojechałyśmy na 19. Marta zaproponowała, że podrzuci mnie z garażu do domu. Przyjęłam to początkowo z lekkim niedowierzaniem, ale okazało się, że ona ma już spore doświadczenie z „plecakami”, więc nie zostało mi nic innego jak jej zaufać. Tym samym przejechałam się SV-ką, która jest zdecydowanie głośniejsza, twardsza i bardziej wibrująca od mojej ER-6, przy czym jest też większym agresorem (choć oczywiście do poskromienia, co Marta udowadnia, bo to jest jej pierwszy motocykl).

Wycieczka była udana, wielokrotnie łapałam się na tym, że gęba mi się w kasku cieszy. Towarzyszka dobrana idealnie! Było wesoło i spontanicznie. To pierwszy dłuższy wypad turystyczny w tym sezonie i to jest właśnie to, co lubię robić najbardziej!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , , , | Dodaj komentarz