Wrak-Race w Skokowej

Nie miałam pomysłu na wycieczkę 3 maja, ale facebook mi przypomniał, że mam na ten dzień wydarzenie. Całkiem niedaleko rozgrywać się miały zawody wrak-race. To takie wyścigi, że jeździ się tam starymi, wyrejestrowanymi gratami po szutrowym torze. W takim wyścigu jedzie na raz 5-6 samochodów i wszelkie przepychanki są dozwolone. Pojedynczy wyścig trwa 8 minut, a wygrywa ten zawodnik, co wraka dowiezie do mety z największą liczbą okrążeń w tym czasie.

Powiem Wam, że widowisko jest świetne. Akcja rozgrywa się dynamicznie, ostatni bywają pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Dachowania są i awarie, fruwają zderzaki i inne elementy zawieszenia. Liczy się przede wszystkim dobra zabawa, ale jest i zaciekła walka. Dawno nie widziałam na zawodach samochodowych takiej walki (no może kiedyś jak mieliśmy Mistrzostwa Europy w Rallycrossie).

Sport jest amatorski, nie wymaga żadnych licencji, sprzęt jest stosunkowo tani (w porównaniu do rajdówek czy wyścigówek), a widowisko i emocje – pierwsza klasa! Jeżeli macie gdzieś okazję zobaczyć takie zawody, to szczerze polecam!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano | Dodaj komentarz

Pałacowo-wiatrakowy szlak

Na początku majówki postanowiłam odwiedzić pałac myśliwski książąt Radziwiłłów w Antoninie. Inni motocykliści tam byli i zdjęcia z tego miejsca mi się spodobały, bo wyglądał na bardzo dobrze zachowany. Wrzuciłam info na stronę i do wycieczki dołączyli Tomek i Sylwek. Tomek został tradycyjnie przewodnikiem, bo zna fajne drogi i dróżki przez Dolinę Baryczy. Ja to raczej zawsze jadę do danego miejsca, a jak się po drodze fajna droga napatoczy, to jeszcze lepiej.

Na trasie mieliśmy pałacyk w Mojej Woli, gdzie już byłam, ale zawsze miło tam wrócić. Ma ten swój niepowtarzalny klimat i mam nadzieję, że nie będzie skazany na zapomnienie i zniszczenie.

Pałac w Antoninie jest bardzo zadbany i ma piękny park (a nawet plażę niedaleko). To obiekt cały czas wykorzystywany, więc goście hotelu/kawiarni muszą liczyć się z ciągłym przepływem zwyczajnych oglądaczy, takich jak my. Wielka kolumna z myśliwskimi trofeami w centrum głównej sali robi wielkie wrażenie. Choć wolałabym nie wyobrażać sobie, jak powstała… Zdecydowanie wolę żywe zwierzęta z błyszczącymi oczami w ich naturalnym środowisku.

Mieliśmy tam zostać na kawę, ale trudno było o wolny stolik. Postanowiliśmy pojechać dalej na rybkę „U Bartka”, gdzie zwykle zatrzymują się motocykliści, bo jest pysznie. Potem pojechaliśmy naszą ulubioną dróżką między jeziorami, a jak się na chwilę zatrzymaliśmy to podjechał do nas jakiś strażnik tych terenów z informacją, że tu nie wolno wjeżdżać, bo rada gminy tą drogę uznała za pieszo–rowerową. Tyle, że znak drogowy przed nią pozwala na wjazd motocykli. Po dyskusji z nami, pan stwierdził, że znak trzeba zmienić… Pojechaliśmy, żeby nie robić już afery.

Mijaliśmy jeden wiatrak, a po drodze był jeszcze kolejny w Duchowie. Szczęśliwym trafem trafiliśmy na końcówkę godzin, kiedy wiatrak jest otwarty dla zwiedzających. Sympatyczne panie opowiedziały nam, co i jak się tam wytwarzało, jak to wszystko działało oraz ile rzeczy musiało zostać wyremontowanych. Obok jest też wyrzeźbiony przez stowarzyszenie konik oraz mała izba młynarza, z zachowanymi rzeczami z tamtych lat.

Wycieczka nieco się przedłużyła, a jak przyszło wracać do domu, to jeszcze dopadła nas ulewa. Zatrzymaliśmy się na chwilę w lesie pod drzewami, bo koledzy nie mieli nic przeciwdeszczowego. Ja w kurtce miałam membranę, a na spodnie naciągnęłam jeszcze drugie, gumowe. Na szczęście ulewa była chwilowa i dało się na sucho do domu dotrzeć.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Dodaj komentarz

(Prawie) rajdowa niedziela

Z sentymentu do dawnych, rajdowych czasów postanowiłam tradycyjnie wybrać się na Rajd Świdnicki. Nieco było zimno, ale sucho na szczęście. Podjechałam sobie na odcinek przy Zagórzu Śl., bo jakoś tak sobie wyobrażałam, że piękne zdjęcia przy jeziorze będą. Logistycznie było to jednak trudne do osiągnięcia, szczególnie, jak się przyjechało na ostatnią chwilę.

Pod odcinkiem był straszny kocioł, bo kierowcy zamiast stawać na końcu linii z zaparkowanych samochodów, pchali się do przodu, co skutkowało zatorami w ruchu. Mijające się dwa auta + po jednym zaparkowanym na każdej stronie pobocza = zbyt wiele… Trochę sobie między tymi „jeleniami” polawirowałam i podjechałam pod taśmy. Tam też w sumie nie było miejsca, więc zatrzymałam się za innym motocyklistą i starałam się mieć na oku motocykl, gdyby ktoś chciał wyjechać z pobocza.

cof_soft

Pierwsze załogi to oczywiście był ogień, a potem to już się nieco nudziłam. Wychowałam się w erze rajdówek WRC i to mi do tego stopnia zryło psychikę, że teraźniejsze rajdy niewielkie robią na mnie wrażenie. Postanowiłam jednak poczekać do aut historycznych, ze względu na ich unikalność (a nie osiągane prędkości). W międzyczasie pogadałam sobie z Bartkiem – tym stojącym obok motocyklistą. On też na rajdach się wychował i z sentymentu sobie na odcinek podjechał. Dał mi też wskazówki, gdzie mogę się przemieścić na kolejny rajdowy przejazd.

Tylko, że gdy pojechałam z rajdu, na fajne kręte drogi, to mi się odechciało. Serio! Świat jest wiosną piękny, a jak dołączy się do tego ładny, kręty asfalt – to już żaden rajd do szczęścia mi nie był potrzebny… Choć zaliczyłam i małe nieszczęście, ale takie malusieńkie.

Jechałam świetną drogą na szczyt, a jak wjechałam i droga zaczęła opadać, to ujrzałam piękną panoramę. Postanowiłam się zatrzymać i akurat był taki mały kwadracik asfaltu na poboczu. Postawiłam motocykl, zeszłam z niego, zaczęłam ściągać rękawice, a on… leci!!! Był na luzie, placyk nieco z górki i minimalnie się do przodu przesunął. To zaskutkowało złożeniem się stopki i motocykl zaczął swój upadek. Próbowałam go jeszcze ratować, ale lecący motocykl, w pewnym momencie, to chyba z pół tony waży, więc już tylko się odsunęłam.

Próbowałam go podnieść, tak jak to mądrze pokazują w filmach instruktażowych, ale nie dałam rady, bo asfalt opadał w kierunku środka drogi, więc trzeba było go podnieść pod górkę. Na szczęście nadjechał samochód z dwoma panami na pokładzie, którzy szybką akcją podnieśli mi motocykl i odjechali. Nadjechał też motocyklista, co mnie chciał ratować, bo był pewny, że wyleciałam z zakrętu. Ale to na szczęście tylko głupia parkingówka. Mam składane klamki, więc właśnie po raz pierwszy się zwróciły, bo jedynie zarysowały. Połamała się tylko osłona dłoni.

Podjechałam sobie jeszcze nad jeziorka, a potem fajną drogą w stronę Wałbrzycha, żeby odbić na Świdnicę, omijając zamknięte na czas rajdu drogi.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Testuję kaski HJC, Bell, Shoei

Polecam Wam testowanie kasków przed zakupem, bo tak powinno być. Czasy kupowania „kota w worku” trzeba wreszcie skończyć! Motocykle też kupujecie w ciemno? Moim zdaniem, jedynie 50% cech i dopasowania kasku jesteście w stanie określić po przymiarce w sklepie. A to nie jest przecież produkt do chodzenia w nim po domu 😀 . Cieszę się, że są sklepy, które to rozumieją i oferują jazdy testowe.

Dzięki uprzejmości 4ride.pl miałam okazję przejechać się w kasku HJC RPHA70. Wybrałam ten model głównie dlatego, że podoba mi się jego mała i zgrabna skorupa oraz duża szyba. Chciałam się przekonać, jaki jest w praktyce.

Patrząc na ten kask miałam wrażenie, że moja głowa tam się wcale nie zmieści 😀 , ale spokojnie, udało się. I nawet okulary fajnie się wpasowały. Kask leży „miękko”, nic nie gniecie, nie uwiera. Jedynie na wysokości kości policzkowych (poniżej oczu) czułam lekkie napieranie, które pewnie zniknie, gdy kask się lekko rozbije.

Pierwsze wrażenie po ruszeniu to… WOW WOW WOW! Ta lekkość! Kompletnie nie ciąży na głowie, jakby go tam wcale nie było. Pole widzenia doskonałe na boki i w dół, nieco może do góry za mało. Był zimny dzień, ale nawet przy zamkniętych wlotach okulary mi nie parowały (choć miałam śmieszny odruch podnoszenia ręki, żeby uchylić szybę przy każdym zatrzymywaniu się, wyniesiony z mojego Sharka 😀 ).

Trudno mi ocenić jego wyciszenie, ponieważ w dniu testów pogoda była „sztormowa” i żaden kask nie jest w stanie wyciszyć takich uderzeń wiatru w trasie. Mogę powiedzieć, że w mieście było komfortowo, bo nie czułam potrzeby ubierania stoperów do uszu. Słońce też nie świeciło, więc nie ocenię koloru blendy, jedynie to, że nie koliduje z okularami, ani nosem i spada wystarczająco nisko.

Podoba mi się stopniowanie otwarcia szyby, jednak dość topornie to działało – pewnej siły trzeba było użyć, żeby przeskoczyć pierwszy stopień (być może wyrobi się to w czasie użytkowania). Na plus oceniam szczelność kasku, bo było jakieś 7 stopni, a nigdzie nie czułam strużek zimnego powietrza, jedynie na czole lekki chłód. Po otwarciu wentylacji zimne powietrze wpadało dość odczuwalnie, więc ona spełnia swoje zadanie.

Ogólne wrażenia z przejażdżki mam bardzo dobre. To mógłby być mój kolejny kask.

Dzięki moto-point.com.pl miałam okazję przejechać się w kasku Bell SRT. Po przymiarce pasował idealnie, beż żadnych ucisków. Szyba w nim jest bardzo duża, przestrzenna, a do tego miałam wersje samo-ściemniającą się i faktycznie po wyjściu na słońce – momentalnie zmieniła się na ciemną. A jej otwieranie działa płynnie i lekko.

W czasie jazdy okazało się, że ten model jest bardzo przewiewny, generalnie zmarzłam w nim przy tych 10 stopniach na zewnątrz. Wloty wentylacji oczywiście miałam zamknięte, a ich otwarcie generowało dodatkowy hałas. Jako, że ja jeżdżę dużo jesienią i wczesną wiosną – to odpuściłam sobie ten model.

I ponownie dzięki moto-point.com.pl miałam okazję przejechać się w kasku Shoei GT-Air II. Wizualnie kask mi się spodobał, choć preferuje kaski białe, ale to malowanie z pewnością wyróżnia się z tłumu. Wykończenie wnętrza kasku robi wrażenie i jest przyjemne w dotyku. Rozmiar M był dopasowany z tendencją do lekkiego ucisku na wysokości skroni.

Kask jest bardzo szczelny, nigdzie nie czułam podwiewania, do tego stopnia, że szyba nieco parowała przy otwartej dolnej wentylacji. Na szczęście jest tu możliwość dołożenia pinlocka. Mi pomagało lekkie rozszczelnienie szybki, które jest na tyle delikatne, że szyba odparowuje, a wewnątrz nie czuje się chłodu. To mi się spodobało. Otwarcie górnej wentylacji powodowało duże odczucie wychładzania. Wczesna wiosna to jeszcze za wcześnie, by tego nawiewu używać, ale w lecie powinien się sprawdzić.

Kask na głowie nie ciąży, pole widzenia jest doskonałe w każdym kierunku, a blenda ma regulację swojego obniżenia. Kask jest całkiem cichy w mieście, poza nim hałas i głuche uderzenia wiatru już są odczuwalne, oczywiście jadąc naked’em. Na turystyku powinien być pełen komfort. Kask mi się spodobał, ale chyba nie zachwycił…

Miałam 7 kasków, a w kolejnych się przejechałam i muszę stwierdzić, że żaden kask nie będzie cichy, gdy się jeździ na motocyklu typu naked. Odczułam kolosalne różnice w wyciszeniu różnych modeli, ale głównie w mieście. Na trasie, dla komfortu, trzeba już ubrać stopery, albo zmienić motocykl 😀 .

Jak ktoś ma inne zdanie na ten temat, to niech mi to udowodni! Rozmiar M noszę i chętnie się przekonam, kto ma rację?

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Turystyczne inspiracje

W ubiegły weekend nigdzie motocyklem nie mogłam pojechać, ponieważ został w serwisie. I tak w tym roku wydatki nie są tak duże, jak w ubiegłym (opony, napęd). Do wymiany są klocki hamulcowe z przodu i tradycyjnie olej, choć wyskoczyła też niespodzianka – wyżarta rama. Wygląda tak, jakby zniszczyła się od kwasu, wypływającego z akumulatora, ale…. akumulator świetnie działa i jest czyściutki tak samo, jak puszka pod nim. Strasznie to dziwne, może mechanik znajdzie przyczynę.

W weekend odbywały się targi turystyczne we Wrocławiu, postanowiłam się tam wybrać i to był świetny pomysł. Pierwszy dzień uważam za bardzo udany, dzięki opowieściom podróżników przeniosłam się na chwilę do: Albanii, Kazachstanu, na Kubę i Madagaskar oraz gdzieś pod K2. Chodzenie po stoiskach wystawców, zbieranie ulotek i te tłumy – to nie moja bajka, więc nie pytajcie, co tam było haha.

Na koniec byłam na spotkaniu z „Oderwany”, który robi fantastyczne zdjęcia… smartfonem. Uświadomiłam sobie, że robię tysiące zdjęć i pozuję do nich, kompletnie się nie wysilając, cyk i w drogę. A czasami wystarczy nieco wiedzy, chwila namysłu i efekt może być niesamowity. Oderwany zmotywował mnie do nauki! Serio!

Drugi dzień targów turystycznych też był spoko. Było rowerem przez Europę, pieszo po Ugandzie, dobrych rad udzielał telewizyjny Jakub Porada i dowiedziałam się, jak się szuka tanich połączeń lotniczych. Wiem już też, jakie mity krążą w temacie wolontariatu, ile jest w tym pomocy, a ile biznesu. Generalnie weekend poszerzający horyzonty 🙂 choć brakowało mi tam podróży motocyklowych…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

Zimowo czy wiosennie?

W lutym, jak na zamówienie pojawiały się sobotnie okienka pogodowe. Temperatura w okolicy 10 stopni na plusie zachęciła mnie do porwania motocykla na małą przejażdżkę. Oczywiście z zachowaniem wzmożonej ostrożności, bo piaskarki zostawiły na asfalcie sporo zanieczyszczeń, na szczęście głównie przy poboczu, więc było w miarę bezpiecznie.

Brakowało mi dźwięku motocykla, wkręcania się na obroty i przyspieszenia. Rumakowałam jednak bez szaleństw, bo powiem Wam, że po takiej zimowej przerwie moja czujność na zagrożenia w mieście (gdzie dzieje się dużo) była jakaś zaspana. Zrobiła rundkę po okolicy i zawiozłam buty Sidi do szewca na wymianę podeszw (producent je sprzedaje). Wcześniej się tego szewca naszukałam, bo nikt nie chciał się takiego wyzwania podjąć. Pomogli inni motocykliści, co już mieli ten problem i na Psim Polu we Wrocławiu szewc mi pięknie te podeszwy wymienił.

Zimowa jazda nie porywa, bo oczy łzawią, widoki to jedynie szare i bure badyle, zamiast drzew i traw. A do tego naklejka przeciw parowaniu szybki jakoś się zmatowiła i zaczęła ograniczać widzenie. Na wiosnę planuję zmianę kasku i z pewnością będzie to model z pinlockiem. Nie kupię już kasku w ciemno, jedynie taki, w którym mi będzie dane wcześniej się przejechać.

Życie uczy pewnych rzeczy, min. tego, że wygląd kasku i wygoda po założeniu to nie wszystko. Przewiewność, głośność, jakość blendy, parowanie – to sprawy, których w sklepie się nie przetestuje. Wadą mojego kasku Shark Vision R2 jest to, że pinlocka nie ma (warstwa antyparująca działa tylko kilka miesięcy), a po 2 latach stał się bardzo głośny i przewiewny. Ból zatok od przeciągu i głowy od szumu w kasku gwarantowany! Na początku był idealny i bardzo, bardzo dopasowany, teraz to porażka…

A ostatni weekend spędziłam z Emilem w Krakowie, mieliśmy tam jechać motocyklami, ale stanęło na samochodzie i całe szczęście, bo poranki były bardzo zimne. Miasto mnie zachwyciło swoimi zabytkami i odrestaurowanymi budynkami rynku. Sam Wawel też robi wrażenie opływającym bogactwem. Nie udało nam się jedynie dostać do komnat królewskich, bo limitowana pula biletów się skończyła. Przynajmniej jest pretekst, by do Krakowa wrócić!

Nie mam tez zdjęć z Katedry Wawelskiej, bo ich tam po prostu nie można było robić. A tu Kraków wieczorową porą:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Mikołajki

Nie dotarło chyba jeszcze do mnie to, że już koniec sezonu. Niby odstawiłam motocykl na trochę bo w kasku mi piździ, ale jest to raczej powód wymiany kasku, a nie zaprzestania jazdy. I w pewnym sensie, robiąc te tysiące kilometrów w sezonie – jestem już „wyjeżdżona” i pauzę traktuję bardziej naturalnie, niż jak jakąś karę. Uwielbiam wiosnę i pierwsze jazdy po takiej przerwie, kiedy wszystkie odczucia są mega intensywne i zapał do jazdy łapie się od nowa.

Faktem jednak jest, że w tym roku to jakieś, takie nagłe odcięcie. Było po 15 stopni, a tu nagle jebudubu i jest już tylko po 4 stopnie. Pamiętam grudnie, gdzie miałam 10 stopniowe temperatury i całkiem fajny klimacik do jazdy.

W ubiegły weekend było wyjątkowo ciepło, więc wybraliśmy się z Emilem do Leszna, gdzie chciałam pomierzyć kaski od Bell’a. Mój błąd był jednak taki, że nie upewniłam się, że w tym sklepie one są fizycznie – okazało się, że tylko na aukcjach internetowych sklepu. Na miejscu był tylko jeden, który interesował mnie najmniej… Warto się chociaż przejechać, choć te 200 km w tych temperaturach i przy tym wietrze nie należały do najprzyjemniejszych. Przyczepność choć była – pobujać się było można 😀 .

W niedzielę aura już była nieco deszczowa, ale postanowiliśmy jeszcze dołączyć do motocyklowej ekipy Św. Mikołaja. Przystroiłam się w czerwoną spódniczkę, ubrałam skrzydła i w drogę!

W tym roku motocykliści z Motopasji Brzeg Dolny objęli swoim patronatem dzieci z Domu Dziecka w Krzydlinie Małej. Dzięki wsparciu motocyklistów dzieci mogły otrzymać paczki z wymarzonymi zabawkami, ubraniami i książkami oraz masą owoców i słodyczy. A same upiekły dla nas pierniczki. Najtrudniejsza była dla mnie wizyta u maluchów, bo serce boli, że nie mogą się przytulić do mamy i taty. Za to bardzo szybko opanowały zakładanie i ściąganie mojego kasku 🙂 .

Co ja dostałam od Mikołaja? Tym razem nic motocyklowego, bo wypatrzone trampki haha. A sama sobie zrobiłam w prezencie motocyklową biżuterię. Zakupiłam motocyklową zawieszkę i srebrny łańcuszek oraz połączyłam to w całość. A może pod choinką znajdę coś motocyklowego? 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

100 lat odzyskanej niepodległości na motocyklowo!

11 listopada był w tym roku dniem bardzo wyjątkowym, ponieważ minęło 100 lat, odkąd nasz kraj odzyskał niepodległość. Pogoda dopisała, więc i pomysł na paradę motocyklową w Brzegu Dolnym z tej okazji, wypalił zaskakująco dobrze. Organizatorem spotkania był klub DWL, ale ilość zgromadzonych motocykli, nawet ich mocno zaskoczyła. Udało się jednak wszystko opanować i przejazd wyszedł bardzo zgrany, jak na te ok. 250 motocykli na trasie przejazdu parady!

Hasło tego dnia to „100 Motocykli na 100 Lat Niepodległości Państwa Polskiego”, a jego celem była wspólna parada i ułożenie liczby 100 z naszych motocykli. Najpierw pojechaliśmy pod Urząd Miejski w Brzegu Dolnym, gdzie o 12.00 wspólnie odśpiewaliśmy hymn (pięknie nas przez niego przeprowadziła jedna z motocyklistek przez mikrofon). Była to wyjątkowa chwila, taka, która pozostaje długo w pamięci.

Potem zrobiliśmy małą paradę po mieście i udaliśmy się do sąsiedniego Wołowa. Kolumna motocykli ciągnęła się, aż po horyzont! W Wołowie zrobiliśmy rundę po Rynku, a na ulicy Piłsudskiego zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby „narobić hałasu” ku jego pamięci. Później zawróciliśmy na rondzie (co było zabawne, bo zjeżdżając z ronda mijało się innych motocyklistów na nie dopiero wjeżdżających), żeby ostatecznie zaparkować na placu PKS.

Autorzy zdjęć: Maciej Trubisz, Pierwszy z Brzegu, Krzysztof Plichta, Patrycja Molińska, Emil i ja.

Na tym placu były osoby, które ustawiały motocykle w wyznaczony sposób. Wszystko po to, by potem z drona zrobić ujęcie, jak nasze motocykle ułożone są w liczbę 100. Tam powitał nas burmistrz i też odśpiewaliśmy hymn narodowy. A utworzona z motocykli setka wyglądała z góry świetnie, choć będąc na dole nikt by tego nie powiedział haha.

Na koniec, już mniejszą paradą, pojechaliśmy na wspólne ognisko. Wszystko już było przygotowane i każdy się posilił. Super było się spotkać w tak wyjątkowy dzień, spędzić go z innymi motocyklistami/tkami i uczcić go na swój sposób. Ponad podziałami, ponad politycznymi przepychankami, po prostu prosto z motocyklowego, polskiego serca!

Filmy z wydarzenia znajdziecie na moim profilu: facebook.com/pamietnikmotocyklistki

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Bolesławiec, Muzeum Ceramiki i Zamek Kliczków

W Ubiegłą niedzielę postanowiłam poszerzyć nieco moje odkrywanie Dolnego Śląska o okolice Bolesławca. Przyznaję, że interesujących obiektów znalazłam tyle, że z pewnością tam wrócę. Obecnie dzień jest krótszy, a kilometrów zrobiłam 240, więc czasu na zwiedzanie wiele nie miałam. Padło na to, z czego słynie Bolesławiec, czyli Muzeum Ceramiki oraz na Zamek Kliczków całkiem niedaleko.

Pogoda była cudowna, ok. 20 stopni i pełne słońce, a wybrałam trasę mniej uczęszczaną, z dużym zalesieniem. Nie mogłam jechać szybko, bo musiałam się napatrzeć na te, kolorami malowane liście. To taki krótki czas (idzie spore ochłodzenie), że doceniać trzeba chwile… Momentami zasypywał mnie deszcz, malutkich złotych listków, cudnie!

Dotarłam pod Muzeum Ceramiki, ale po drodze zobaczyłam jakiś fajny budynek. Postanowiłam tam podejść – weszłam w malutką bramę i znalazłam się na rynku. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie to miejsce. Kolorowe kamienice, zdobione w każdym detalu, prezentowały się w słońcu cudnie! Dawno nie widziałam tak ładnego, przestrzennego i barwnego rynku, gdzie historia łączy się z teraźniejszością (ten wrocławski przez 17 lat mieszkania mi się opatrzył). Ludzie siedzieli sobie w ogródkach restauracyjnych i na ławkach. Sama bym przysiadła, ale czas jednak gonił.

Do Muzeum Ceramiki podeszłam, tak trochę jak do obowiązku – pewnie będzie nudno, ale trzeba zobaczyć, bo z tego to miasto słynie. Na wstępie poznałam dwie sympatyczne i bardzo pomocne panie. Później weszłam do pierwszej sali i wciągnęło mnie… Serio! Te kolory, zmieniające się przez lata formy zdobień, szczegóły i szczególiki. Chyba najbardziej mnie urzekły ludzkie (anielskie) twarze i zwierzęta z ceramiki. Przecież to wszystko powstało w wyniku ręcznej, bardzo precyzyjnej pracy! Byłam pod wrażeniem, ponownie.

Panie pokierowały mnie jeszcze do drugiego oddziału Miejskiego Muzeum, gdzie były wystawiane współczesne prace na Triennale Bolesławiec 2018 (i będą do 11 grudnia). Sztuka współczesna nie zawsze jest dla mnie zrozumiała, jednak w tym przypadku większość prac ceramicznych wzbudziła we mnie pewne emocje. Nie robiłam im zdjęć, bo to trzeba zobaczyć na żywo, poczuć ten przekaz i docenić prace artysty nad dziełem. Dalsze sale muzeum odnoszą się min. do wojennej historii miasta, a także są tam zbiory kolekcjonerskie porcelany.

Pani z obsługi pokazała mi jeszcze, jak się kierować do murów obronnych i pomnika gen. Kutuzowa. Tam też można zobaczyć budynki, których nie odnowiono i są w słabym stanie. Normalnie, jakby czas się tam już zatrzymał… Ciężko mi było opuszczać to miasto, ale obiecałam sobie, że wrócę tam jeszcze.

Zupełnie niedaleko stoi Zamek Kliczków. Miejsce to (jak większość takich obiektów na Dolnym Śląsku) zostało ograbione w czasach wojennych, a potem pełniło funkcje wojskowo-szkoleniowe. Po sprzedaży w prywatne ręce, zamek dostał nowe życie, bo powstało tu centrum hotelowo-konferencyjne. Obiekt jest typowo komercyjny, więc „zwiedzić” go można jedynie z zewnątrz, ewentualnie skorzystać z restauracji. Całość jest zadbana i miło popatrzeć, że ocalała od zniszczenia.

Dopadł mnie zachód słońca, ubrałam na siebie dodatkowe warstwy i trzeba było szybko wracać. To „szybko” trochę mi nie wyszło, bo wybrałam dłuższą trasę przez Przemyski Park Krajobrazowy, ale było warto! Puste, gładkie, lekko kręte drogi i cudownie pokolorowane jesienią… W połowie trasy dopadła mnie przez to ciemność i zimno, ale bezpiecznie do domu dotarłam. Ta wycieczka była naprawdę udana!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nabijamy kilometry :-)

Przez dwie ostatnie niedziele była piękna pogoda i nabiłam 500 km na wycieczkach. Pierwsza miała 260 km – rano wyskoczyłam zobaczyć, jak się ścigają samochodami na starym lotnisku w Oleśnicy, a o 13 pojechałam do Siechnic, gdzie miała być zbiórka do małej wycieczki.

Na miejscu okazało się, że ruszymy na 4 motocykle, ale dalej w trasę jedziemy już tylko we dwójkę. Z Michałem jeździłam już kiedyś, byliśmy razem na wyścigu w Brannej w 2016 roku. Wprawdzie obydwoje mamy już inne motocykle, ale jechało się fajnie w takiej parze.

Spytałam, gdzie właściwie jedziemy? A Michał na to, że: „nabijamy kilometry, nabijamy” i faktycznie tak było. Zupełnie odzwyczaiłam się od jazdy bez celu, zawsze staram się coś wymyślić, choćby fajne miejsce na kawę, a najlepiej to jakieś zwiedzanie.

To daje trochę inne spojrzenie na drogę, bo skoro ona jest celem – to jakoś bardziej zwraca się uwagę na otoczenie. Doceniałam, jak asfalt był cudny i zakręty, jak panorama się nagłe „otworzyła” przed nami, podpatrzyłam co tam ludzie na wsi robią. I tak kręcąc się bez celu 160 km pykło i w sumie byłam nawet zmęczona, znaczy się dostatecznie „wyjeżdżona” 🙂 .

Kolejną niedzielę spędziłam Bolesławcu i okolicach, ale o tym opowiem w kolejnym wpisie, bo zdradzę, że jestem pod sporym wrażeniem!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Pałacowa środa w Mojej Woli i Starym Sielcu

Jeszcze przez chwilę mam urlop, więc słoneczną środę postanowiłam poświęcić na małą wycieczkę. Wyszło ok. 240 kilometrów na odwiedzenie dwóch, ciekawych miejsc. Wyjechaliśmy z Emilem w okolicach południa w stronę miejscowości Moja Wola. Jest tam stary Pałac Myśliwski, który zachwycił mnie na zdjęciach od motocyklowych kolegów. Jest wyjątkowy, bo to wprawdzie budynek, jednak w piękny sposób połączony z przyrodą. Zewnętrznie pokryty jest korą dębu korkowego, a po jego ścianach wiją się pnącza.

Powstał latach 1854-1855 według projektu architekta Karłowskiego, ale w późniejszych latach był jeszcze rozbudowywany. Stworzono go dla księcia brunszwicko-oleśnickiego Wilhelma, następnie należał do barona Daniela von Diergardt i jego rodziny. Po wojennych losach, kiedy był min. miejscem przetrzymywania jeńców, trafił do włości Lasów Państwowych. Przez ponad 20 lat był siedzibą Technikum Leśnego, później był tam jeszcze Leśny Ośrodek Szkoleniowy oraz hotel dla pracowników leśnych. Teraz pałac jest w rękach prywatnych, jednak dbałość o niego, nie jest mocną stroną tego właściciela, niestety…

Wygląda okazale, jednak widać, że stoi i niszczeje. Powstała też inicjatywa jego ratowania: facebook.com/ratujmymojawole/. Ponoć czasami jakiś „opiekun” za 5 zł pozwala obejrzeć wnętrza, ale jak my tam byliśmy, to pod pałacem stał samochód i ktoś już tam wewnątrz „urzędował”. Zrobiliśmy trochę zdjęć i pojechaliśmy na obiad na wychwalaną rybkę w „Zajeździe u Bartka” i faktycznie – super smacznie!

Drogi Parku Krajobrazowego Doliny Baryczy bywają lepsze i gorsze, jednak mają swój urok. Wiją się przyjemnie przez lasy i obok jezior, a drzewa tworzą nad nimi sklepienia. Wrócę tam jeszcze, jak jesień pomaluje już liście w ciepłe barwy. A tak zupełnie przypadkiem, w Duchowie wpadliśmy na Bronisława i Marianka! Bronisław to świetnie zachowany wiatrak z 1671 roku! A Marianek to drewniany koń obok.

Kolejnym punktem wycieczki miał być pałac w Starym Sielcu. To było moje drugie podejście do tego miejsca, ponieważ dojście do celu jest tam nieco utrudnione. Nie da się tego zrobić główną drogą dojazdową, bo ten teren jest dzierżawiony z małym dworkiem, a nasza próba przejazdu zakończyła się niemiłą dyskusją z jakąś panią. Z drugiej strony polami nie bardzo da się wjechać motocyklem, chyba, że crossowym.

Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz i spytaliśmy napotkaną mieszkankę tej miejscowości. Ona niestety nie znała innej drogi, ale nakierowała nas na profil Stowarzyszenia Przyjaciół Pałacu. Udało nam się dodzwonić do sympatycznego pana, który objaśnił mi, jak najszybciej dostaniemy się do pałacu. Po drodze spotkaliśmy jeszcze jedną mieszkankę, która udzieliła nam kolejnych wskazówek, żeby się kierować tam gdzie wskazuje zwalone drzewo. Prawdziwa przygoda! I wiecie co? Trafiliśmy bez problemu – małą, wydeptaną dróżką do figurki, a chwilę potem do pałacu.

Historie pałaców, które do tej pory oglądałam są podobne. Miały lata świetności, wojna je podniszczyła i rozgrabiono majątek, potem należały do posiadłości PGR-ów, by na koniec niszczeć w samotności. No chyba, że miały szczęście w postaci jakiegoś, zaradnego właściciela, który tknął w miejsce nowe życie. Ten pałac ma jednak zupełnie inną historię! On nie miał swoich lat świetności, ponieważ nigdy go nie ukończono.

Należał do rodziny Czartoryskich, jednak niesprzyjające okoliczności i wybuch wojny sprawiły, że został w stanie surowym, otwartym. Biorąc pod uwagę, że stoi już tak ponad 100 lat, to imponuje swoją wytrzymałością. Drzwi były otwarte, więc weszliśmy do środka. Jest tam piękna sala z kolumnami oraz cała masa większych i mniejszych pomieszczeń na każdym piętrze. Dwie wieże nie są oddzielone od bryły pałacu, a jedynie tworzą okrągłe pokoje na każdym jego piętrze. Największe zniszczenie widać na dachu, który powoli się zapada.

Obok jest lub było jakieś jezioro, jednak już całkiem zarosło. Cały park jest raczej dziki i niezbadany. Mnóstwo pracy i środków finansowych trzeba włożyć, by to miejsce mogło pełnić jeszcze jakąś funkcję. Jest w nim jednak jakaś magia, a może tylko niedokończona wizja architekta i niespełnione nadzieje pierwotnych właścicieli…

Ledwo udało nam się wrócić przed zmrokiem i coraz większym ochłodzeniem. To była bardzo udana wycieczka, choć o mały włos mogła się inaczej skończyć. Tego dnia od początku było coś nie tak, czułam, że motocykl nie jedzie jak zawsze, a zakręty wychodzą jakoś koślawo. W Trzebnicy chciałam się zatrzymać, żeby przepuścić pieszego na pasach i o mały włos, a uciekłoby mi przednie koło! Zatrzymaliśmy się kontrolnie, sprawdziliśmy klocki, oponę i wszystko wyglądało normalnie. Postanowiliśmy jeszcze na najbliższej stacji sprawdzić ciśnienie w oponie, choć sprawdzam regularnie i ubytków prawie nigdy nie było.

Tuż przed jedną z miejscowości był zakręt 90 stopni o dość trudnym profilu. Próbowałam się w nim złożyć, a motocykl nie chciał! Serce mi zaczęło walić, bo było zdecydowanie zbyt szybko na tak wyprostowany motocykl. Dwa razy na krótko zahamowałam, żeby prędkość wytracić i udało mi się zmieścić na centymetry przed krawędzią asfaltu i rowem. Jeżdżę tyle lat, ale nie zdarzyła mi się jeszcze taka sytuacja. Nawet jak bywało za szybko w zakręcie, to po prostu mocniej się składałam. A tu kompletnie motocykl nie chciał współpracować, leciał prosto i już! Na szczęście stacja była blisko i wyszło na to, że to jednak ciśnienie w oponie. Było tylko 1,4! Po dopompowaniu koła motocykl stał się taki jak dawniej, słuchał się i po kilkunastu kilometrach znowu zaczęłam mu ufać.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , | Dodaj komentarz

Różne odcienie tej samej pasji

Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak zmieniło się moje motocyklowe życie – emocje i odczucia z motocyklem związane. Jak różne są moje doświadczenia z jazdy motocyklem, które zaistniały 8 lat temu, a tym, co dzieje się teraz.

Początki mojej przygody z motocyklem były trudne, niosły wiele emocji i nie zawsze pozytywnych. To było wyzwanie, ale jednocześnie każdy, najmniejszy postęp umiejętności i motocyklowej wiedzy – dawał mi wiele radości. Nie mogłam doczekać się kolejnej jazdy, kręciłam się bez celu po okolicznych drogach, żeby tylko pobyć z motocyklem. Tęskniłam za tym. Każdą chwilę w trasie łapałam wszystkimi zmysłami. Widziałam więcej, czułam więcej, sens miałam. A moje motocykle nie były idealne, wygodne nawet nie były, wyprzedzać strach było. Ale niosły mnie, dodawały skrzydeł.

Nadal robię mnóstwo kilometrów w sezonie, nadal czuję ten pozytywny, błogi stan, gdy jadę motocyklem. Nie jest to jednak to samo. Zawsze jadę do celu i to ten cel jest głównym daniem dnia. Doceniam widoki dopiero wtedy, gdy są wyjątkowe, bo reszta już mi się „opatrzyła”. Motocykl mam szybszy, jeżdżę szybciej i lubię wyprzedzać. Zatraciłam gdzieś tą dziecięcą radość.

Czasem się odrywam i budzę do życia – jak wyjeżdżam na dłużej, jak każdy dzień niesie przygodę. Jak wcale nie jest komfortowo, ale wszystko jest nowe. Znów łapię wszystkimi zmysłami. Doceniam.

Z powodów finansowych nie robię tego często. A chciałabym szukać, odkrywać, czuć jak dawniej…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz