Różne odcienie tej samej pasji

Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak zmieniło się moje motocyklowe życie – emocje i odczucia z motocyklem związane. Jak różne są moje doświadczenia z jazdy motocyklem, które zaistniały 8 lat temu, a tym, co dzieje się teraz.

Początki mojej przygody z motocyklem były trudne, niosły wiele emocji i nie zawsze pozytywnych. To było wyzwanie, ale jednocześnie każdy, najmniejszy postęp umiejętności i motocyklowej wiedzy – dawał mi wiele radości. Nie mogłam doczekać się kolejnej jazdy, kręciłam się bez celu po okolicznych drogach, żeby tylko pobyć z motocyklem. Tęskniłam za tym. Każdą chwilę w trasie łapałam wszystkimi zmysłami. Widziałam więcej, czułam więcej, sens miałam. A moje motocykle nie były idealne, wygodne nawet nie były, wyprzedzać strach było. Ale niosły mnie, dodawały skrzydeł.

Nadal robię mnóstwo kilometrów w sezonie, nadal czuję ten pozytywny, błogi stan, gdy jadę motocyklem. Nie jest to jednak to samo. Zawsze jadę do celu i to ten cel jest głównym daniem dnia. Doceniam widoki dopiero wtedy, gdy są wyjątkowe, bo reszta już mi się „opatrzyła”. Motocykl mam szybszy, jeżdżę szybciej i lubię wyprzedzać. Zatraciłam gdzieś tą dziecięcą radość.

Czasem się odrywam i budzę do życia – jak wyjeżdżam na dłużej, jak każdy dzień niesie przygodę. Jak wcale nie jest komfortowo, ale wszystko jest nowe. Znów łapię wszystkimi zmysłami. Doceniam.

Z powodów finansowych nie robię tego często. A chciałabym szukać, odkrywać, czuć jak dawniej…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Nieśmiertelnik dla motocyklisty

Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, żeby przy kluczykach motocyklowych nosić numer telefonu. Po co? Bo jak je zgubię, to albo ktoś ich użyje, albo będzie chciał oddać. Wierzę jednak, że świadomość tego, że to kobiece kluczyki motocyklowe sprawi, że jednak je odda 😀 . Choćby z ciekawości. A w sytuacji, gdy nie będzie przy nich żadnych wskazówek – szanse na takie oddanie spadają do zera.

Numer napisałam na takim zwykłym, plastikowym breloku do kluczy, szukałam jednak lepszego i „ładniejszego” rozwiązania. I tak wpadłam na stronę nieśmiertelników. Cieniutka blaszka, z amortyzującą gumą – super! Przeczytałam przy okazji, co na takim nieśmiertelniku można umieścić.

Wiecie co to są numery ICE? To takie międzynarodowe oznaczenie (In Case of Emergency) numerów telefonów, do których ratownicy powinni dzwonić w pierwszej kolejności. Dlatego dobrym zwyczajem (a nawet obowiązkiem) jest to, by w książce telefonicznej bliskie osoby podpisać np. ICE1 mama, ICE2 brat.

Te osoby powinny szybko się dowiedzieć, co się stało i gdzie jesteśmy, ale także mają sporą wiedzę na nasz temat dotyczącą, choćby alergii, przewlekłych chorób, odbytych operacji itp. Czasami słyszy się, że noszenie informacji o grupie krwi przy sobie jest ważne, jednak należy pamiętać, że jedynie medyczną kartę grupy krwi ratownicy mogą wziąć pod uwagę. Dlatego wybijanie jej na nieśmiertelniku czy wytatuowanie – nie ma większego sensu.

Tu fajnie na ten temat wypowiada się ratownik:

I wszystko spoko, ale telefony w czasie wypadków też mogą się uszkodzić, a po drugie zabezpieczamy do nich dostęp PIN-em, wzorem czy odciskiem palca. Dlatego właśnie dużo lepszym pomysłem jest umieszczenie kontaktów ICE na nieśmiertelniku przy kluczach. Czy jak niektórzy wolą – z łańcuszkiem na szyi czy bransoletą.

Sens ma jeszcze wytłoczenie imienia, nazwiska i numeru PESEL dla potrzeb służby zdrowia. Choć ja takie informacje wolę mieć jedynie w swoich dokumentach. Taki nieśmiertelnik może być także oryginalną ozdobą z jakąś sentencją czy wyznaniem. A do tego można dobrać sobie kolor jego gumowej ramki.

Dlaczego wybrałam nieśmiertelnik? Bo jest trwały, lekki, ma gumową osłonkę i można na nim czytelnie wytłoczyć cokolwiek (z polskimi znakami). Są wykonane z chirurgicznej stali nierdzewnej, a wybijane na nich dane nie zetrą się, ani nie ulegną zniszczeniu podczas wypadku.

Nieśmiertelniki nie kosztują wiele, a samo ich używanie nie uratuje życia, jednak znacząco pomoże innym je ratować.

Nieśmiertelniki (pod różną postacią – breloków, naszyjników lub bransoletek paracord) można zamówić na: Wybijanie nieśmiertelników Engrave.pl

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jak zorganizować charytatywną zbiórkę rzeczy?

Pisałam Wam kiedyś, że moim marzeniem było zrobienie takiego spotkania motocyklowego, by wniosło też trochę dobra w życie innych ludzi. Nie tylko zlot, czy paradę, ale realne pomaganie. W Brzegu Dolnym, gdzie mieszkam od roku był klub MotoPasja Brzeg Dolny, więc tam dołączyłam i zaczęłam działać.

Pomyślałam, że najlepiej taka akcję zbiórki zrobić przy okazji innej, dużo większej imprezy w mieście i padło na gminne dożynki. Udałam się do Dolnobrzeskiego Ośrodka Kultury i potem już wszystko poszło pięknie, bo współpraca z ich strony była wzorowa!

Początkowo mieliśmy zbierać rzeczy tylko dla Domu Dziecka w Krzydlinie Małej, ale potem padł pomysł, by zapytać, jakie są potrzeby w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. A tam największego wsparcia potrzebowali seniorzy, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej. Dodatkowo poszerzyłam zbiórkę o rzeczy używane, typu pościel i koce dla zwierząt w schronisku. Przygotowaliśmy 3 kartony, a jeden z nich dzieci ozdobiły.

Impreza była zaplanowana na 1 września w Żerkówku, gdzie po zbiórce mieliśmy się udać, paradą przez Brzeg Dolny, do Domu Dziecka w Krzydlinie Małej. Coś mnie tknęło, że oprócz informowania policji o paradzie, gdzieś trzeba taką zbiórkę zgłosić. Okazało się, że faktycznie – trzeba to zrobić w MSWiA, by zbiórka znalazła się na liście oficjalnych zbiórek na zbiorki.gov.pl. Takie zgłoszenie mogą składać różne organizacje, ale także zwykły, społeczny komitet, składający się z 3 osób. Szybko taki założyliśmy i wypełniliśmy potrzebne wnioski.

Formalności jednak trwają tydzień, a ja miałam już tylko 5 dni! Na szczęście trafiłam na bardzo sympatyczną urzędniczkę, która tak pokierowała procedurą, by zdążyć na czas. Otrzymaliśmy numer zbiórki i zrobiłam identyfikatory. Uff, wszystko dopięte! W pozostałych sprawach pomagali mi koledzy z klubu Motopasja.

Powstało wydarzenie na facebooku i regulamim przejazdu w paradzie. Tam też była dostępna lista potrzeb poszczególnych miejsc, gdzie motocyklowa pomoc miała dotrzeć.

Ale…. jednak nie na wszystko mamy wpływ, np. na pogodę kompletnie nie mamy, więc rozpadało się idealnie na starcie festynu! No co za pech! Podłamałam się nieco, że tyle roboty pójdzie na marne… Deszcz to nasilał się, to słabł, ale jednak nie odpuszczał. Na festynie było 7 motocykli, potem na miejscu zbiórki 12, ale ostatecznie na paradę wyjechało ok. 30 maszyn. Trasę nieco skróciliśmy, ale pogoda nas nie pokonała!

Zrobiliśmy nieco hałasu, ale przede wszystkim daliśmy wiele radości dzieciom. Mogliśmy wjechać na teren Domu Dziecka, wejść na górę do dzieci, a potem część z nich mogła z bliska zobaczyć nasze motocykle i nawet na nich usiąść. Zawieźliśmy też wielki wór zebranych prezentów.

Przez tą pogodę nie było szału z ilością zebranych darów, ale wstydu też nie było. Myślę, że każda akcja, która niesie pomoc jest warta organizacji! Pozostałe rzeczy zliczyliśmy w niedzielę i kolejne worki trafiły do GOPS-u i schroniska we Wrocławiu. Na koniec trzeba jeszcze wysłać do MSWiA sprawozdanie ze zbiórki, zliczenia i jej rozdysponowania.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , | Dodaj komentarz

Słodko-gorzki wypad do Czech

Początkowo plan był taki, by 3 dni poświęcić na „czeską szwajcarię”, jednak okazało się, że inne, ważne sprawy pokrzyżowały nam plany. Wyjechaliśmy z Emilem w sobotę popołudniu do Campu w Czechach, a rano mieliśmy zaliczyć: jaskinię Pekelne Doly, trójstyk oraz zamek Frydland. Pogoda była niepewna, nieco kropiło, a ja mam przedni chlapacz w naprawie i nieźle mi lało po kasku! Na szczęście potem się rozjaśniło i niedziela też była pogodna. Do przejechania było ok. 230 km i nawet przez myśl nam nie przeszło, że nie zdążymy przed zmrokiem.

Jechaliśmy raczej żwawo i nie wiem, gdzie te minuty uciekały. Musieliśmy się też zatrzymać w markecie, bo się okazało, że zapasy jedzenia zostawiliśmy w… lodówce! Dzień już jest zdecydowanie krótszy i ciemność nas dopadła na najbardziej krętej partii trasy i w dodatku w lesie! Powiem Wam że dawno tak nie byłam zestresowana! Droga była wąska, tak na jeden samochód i do tego kręta jak diabli. Przy zakręcie 180 stopni momentami reflektor oświetlał mi głębokie skarpy i przepaście po bokach drogi. Emil mi co chwilę znikał za skałami w zakrętach i otaczała mnie już tylko zupełna ciemność. Jechałam z umiarkowaną prędkością, żeby w zaskakującej sytuacji mieć jeszcze czas na hamowanie. Serce mi waliło i wypatrywałam tablicy z nazwą miejscowości, gdzie mieliśmy nocleg. Dojechaliśmy kwadrans przed zamknięciem recepcji…

Nocleg był tani, komfort bardzo niski, ale w górach zawsze się człowiek wysypia. W naszym domku, a raczej takim drewnianym „kurniku” z jednym okienkiem, stały 2 łóżka piętrowe, malutki stolik i 2 regały zbite cienkiej płyty. Jak się za mocno człowiek ruszał, to cały domek się trząsł 😀 . Łazienki z prysznicami były, ale ciepła woda się skończyła (rano dopiero wróciła). Przygoda to przygoda, chodziło tylko o szybki i tani nocleg, żeby od rana był czas na zwiedzanie.

W niedzielę ruszyliśmy na Pekelne Doly – to taka knajpka, którą stworzono w jaskini. Motocykliści mogą tam wjechać nawet do środka, są wyznaczone pasy do jazdy, jak i miejsca siedzące. To kultowy punkt motocyklowy i raz warto tam pojechać. Z pewnością jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

Trasa do jaskiń z miejsca noclegu wcale nie była łatwiejsza, tyle, że w dzień pokonywana. Chyba się wyleczyłam z tamtego regionu… Lubię zakręty, ale wąskie ścieżki bez pola widzenia (a dwukierunkowe) i z przepaściami po bokach – to już niekoniecznie. Zaparkowaliśmy przed jaskinią, żeby zobaczyć co i jak. Była jakaś budka z biletami, ale płacili tam tylko turyści bez motocykli.

Weszliśmy do środka, gdzie było przyjemnie chłodno i panował półmrok. Jak na piekielne miejsce przystało – są tam zamknięte drzwi do piekła, skąd dochodzą niepokojące dźwięki i kilka innych „ozdób” z piekła rodem. Na miejscu zjedliśmy smażony ser z frytkami, a potem wjechaliśmy do środka zrobić kilka zdjęć. Motocyklistów ciągle przybywało i już po chwili cały plac przed knajpą był nimi zastawiony.

Potem udaliśmy się na taki punk graniczny, gdzie łączą się ze sobą 3 państwa: Polska, Czechy i Niemcy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy stacji benzynowej, a dalej trzeba było iść pieszo. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie przyozdobione. Trzy słupki graniczne i flagi, po polskiej stronie oczywiście wielgaśny krzyż. Stronę czeską i polską rozdziela mały drewniany mostek, a niemiecką już większa rzeka.

Ostatnim punktem wycieczki był czeski zamek Frydland, który leży całkiem blisko granicy. Mieliśmy wielkie szczęście, że akurat trafiliśmy na zbiórkę grupy z polskim przewodnikiem! Całe zwiedzanie trwało dwie godziny i powiem Wam, że cudnie zamek jest w środku zachowany, ma mnóstwo urządzonych pokoi i sal. Niestety jest tam też zakaz fotografowania, dlatego mam dla Was jedynie kilka fotek zewnętrznych. Po prostu to trzeba zobaczyć samemu!

Znowu groził nam powrót po nocy, jednak to nie był problem. Największy pech spotkał mnie w okolicy Złotoryi. Zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia ruin kościoła w małej miejscowości. Pojedyncze, wysokie ściany i wieża na skraju zawalenia robiły wrażenie. Po zrobieniu fotek telefon wsadziłam do saszetki z okienkiem, gdzie zwykle mam nawigację. Z Złotoryi musiałam zawracać i prawdopodobnie wtedy uchwyt saszetki mi się połamał, a telefon przepadł!

Bardzo go lubiłam, bo miał wysokiej rozdzielczości aparat, małe wymiary, a na karcie tysiące fotek z moich podróży…. Brak zauważyłam parę kilometrów dalej, a telefon już miał wyjętą kartę. Zgłosiłam sprawę na policji, jednak ponoć, gdy nie mam dowodów, że to kradzież (bo może leży gdzieś w trawie) to nic z tym nie mogą zrobić… Zdołowało mnie to trochę, miałam go dopiero pół roku. Musiałam kupić jakiegoś taniego chińczyka, żeby jakoś funkcjonować. Weekend był wspaniały, ale jego zakończenie było już beznadziejne!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko, Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pałac Jedlinka i pancerny pociąg Hitlera

Mam zaległe 3 wpisy i powoli biorę się za nadrabianie. Miałam mało wolnego czasu, bo organizowałam charytatywną zbiórkę rzeczy połączoną z paradą motocyklową. No i zgubiłam telefon niestety, gdzie miałam mnóstwo zdjęć z moich wycieczek. Zostało mi tylko to, co zdążyłam na facebooka wrzucić. Telefon był nowy i wcale nie tani, a odleciał mi razem z saszetką do nawigacji z kierownicy w czasie jazdy. Prawdopodobnie to było w Złotoryi i ktoś go znalazł, bo kartę wyciągnął.

Trochę mnie to wszystko podłamało. Bo to nie tylko o koszt zguby chodzi, ale i o wartość sentymentalną. Zdjęcia z ostatnich wypadów, które nie zgrałam i przywiązanie do tego modelu. Teraz mam jakiś tani, duży i to wcale nie jest to samo… No cóż, trzeba się ze zgubą pogodzić i do przodu iść, tfuu jechać.

W niedzielę, bodajże 19 września, nie miałam pomysłu na wyjazd to dołączyłam do wycieczki Motocyklowych Łowców Przygód. Celem był Pałac Jedlinka w Jedlinie Zdrój i Pancerny pociąg Hitlera obok. Już chyba ze 2 lata nie jeździłam z dużą ilością motocykli, po tym jak poczekałam na ostatnich w grupie, jednak już nikt nie poczekał na nas. Wiem, że to trudne – ogarnąć te 50 osób. Jednak priorytetem powinno być to, żeby grupę w całości doprowadzić do celu. Jedna osoba znająca układ trasy, która zamyka stawkę to podstawa. O kulturze jazdy w grupie nie wspomnę.

Po dwóch latach spróbowałam znowu i w sumie ucieszyłam się z tego, że kultura jazdy jest o niebo lepsza. Każdy w miarę trzymał swoje miejsce, a Ci najszybsi pojechali całkiem przodem. Ja byłam jakoś w środku, starając się dostosować prędkość tak by widzieć tych z przodu, a nie zgubić tych z tyłu.

Wszystko było pięknie, tak jakoś do Świdnicy, gdzie na światłach została znaczna część grupy, a przód popędził sobie dalej. Ja załapałam się na ogon tego przodu i znowu odstawałam na tyle, żeby Ci ruszający ze świateł mieli szansę mnie dojrzeć. Ale potem wielokrotnie skręcaliśmy i reszta nie miała możliwości dojechać. Na szczęście był tam jakiś ogarnięty człowiek z nawigacją i ogon doprowadził. Wracałam już sama i chyba znowu zrobię sobie ze 2 lata przerwy od dużych grup, bo ja się niestety wszystkim przejmuję 😀 .

Było nas ok 50 osób, więc załapaliśmy się na promocję biletową i zwiedzaliśmy w 3 grupach. Moja zaczęła od krótkiego filmu, potem obeszliśmy pałac, by zakończyć zwiedzanie na pociągu. Pałac, jak większość na Dolnym Śląsku, miał swoje czasy świetności i blasku, później stał się bazą hitlerowskiej organizacji Todt, by na koniec w sali balowej zamieszkały… świnie! Serio! Pałac po wojnie był używany jako budynek PGR. Nowi właściciele odnawiają go powoli, starając się zachować historyczne ślady świetności pałacu.

Pancerny pociąg Adolfa Hitlera America to po prostu kopia kilku jego wagonów. W środku jest kilka miejsc siedzących i ogląda się tak krótki film dokumentalny. Może dla fanów historii to jest coś „WOW”, dla mnie jakoś nieszczególna atrakcja, ale dowiedziałam się, że taki pociąg istniał i jakie były jego losy.

Niestety zdjęć mam tylko 30, bo tyle wrzucić zdążyłam na facebooka. Z wycieczki miałam ok. 100…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jak zrujnować piękne pałace w kilka lat?

W świąteczną środę zrobiliśmy sobie z kolegami drugą wycieczkę w stylu „urbex”. Odwiedziliśmy dwa opuszczone i (niestety) zrujnowane pałace. Dolny Śląsk ma wiele takich pałaców, ucierpiały one głównie na zmianach ustrojowych. Najpierw otrzymywali je pracownicy PGR-ów jako budynki mieszkalne, a po upadku tego typu gospodarstw – nikt się już nimi nie interesował. Ludzi wysiedlano, a pałace zostawały opuszczone, rozgrabione, niszczone… Tylko pozostałe ślady historii i stare fotografie zdradzają dawne bogactwo tych miejsc. Odwiedzając je czuję smutek, że tak się ich historia zakończyła, ale i dziwię się, że pałace rozkradane były i dewastowane, zamiast być pod ludzi ochroną, otoczone szacunkiem.

Pierwszy pałac należał do rodziny Zobeltitzów i znajduje się w miejscowości Glinka. On pobudził moją wyobraźnię, także z innego powodu, ponieważ zwą go „Pałacem Samobójców”. Legenda głosi, że został on postawiony na cmentarzu dla samobójców. Po latach świetności popadł w ruinę i znowu samobójcy wybierali sobie to miejsce. Za pałacem są drzewa i to na nich przewieszali linę… Potem obcinano tą gałąź, a z niej powstawał krzyż na grób samobójcy.

Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć to miejsce. Ale czasem jest tak, że to wyobrażenie powoduje więcej emocji, niż z tym miejscem kontakt. Może oczekiwałam jakiegoś elementu grozy? Negatywnych wibracji? Zobaczyłam jednak tylko ruiny. Z zewnątrz zdradzały swój pałacowy charakter, a wewnątrz było już całkiem zwyczajnie.

W tej miejscowości jest też kościół, ze starymi płytami cmentarnymi i kilkoma grobami:

Drugi pałac w Bełczu Wielkim ucierpiał głównie przez przepychanki sądowe. Jeszcze niedawno był ośrodkiem dla młodzieży, potem miała się nim zająć jakaś fundacja, a ona go najzwyczajniej sprzedała. Właściciele starzy i nowi przepychali się w sądzie, a pałac niszczał tak sobie, całkiem otwarty. Potem dach został podpalony i właściwie to nie ma już tam co ratować…

Koledzy już byli w tych pałacach, więc do środka zaprosili mnie przez… piwnicę. A wszystko po to, żebym wchodząc głównymi drzwiami nie zobaczyła tego, co pałac ma najpiękniejsze. Faktycznie piwnice były ciemne, straszne i kryły pozostałości z działania ośrodka wychowawczego. A wejście od głównych drzwi kryło piękną salę z kolumnami i schodami po obu stronach. Niestety wszystko jest zniszczone, a pałacowe klimaty odkryć można czasami, jedynie na suficie.

Jadąc do pałacu zauważyłam kątem oka jakieś fajne wieżyczki. Okazało się, że to pałacowe zabudowania i stodoły. Na tym samym podwórku była też opuszczona gorzelnia.

Na koniec byłam głodna i chciało mi się pić, oczywiście koledzy mieli polewkę, że to u kobiet klasyka: „głodna jestem, pić mi się chce, gdzie jest toaleta i zimno mi”. To ostatnie odpadało, bo było całkiem ciepło haha. Po drodze napatoczył się MC, każdy coś tam zamówił, a koledzy chyba też byli głodni, bo po posiłku wyraźnie przyspieszyli. Jednak nie tak od razu dotarliśmy do domów, bo nagadać się jeszcze na koniec musieliśmy 🙂 To był świetny dzień!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim

Weekend spędziliśmy z Emilem w Kotlinie Kłodzkiej. W sobotę była imprezka rodzinna, a w niedzielę postanowiliśmy coś zwiedzić. Początkowo myśleliśmy o spływie kajakowym, ale stan wody w Nysie Kłodzkiej jest tak niski, że kajak trzeba ciągle przenosić – zostawimy to na inną okazję. Pałac Marianny Orańskiej towarzyszył mi od dziecka, ponieważ lubiłam z psami szwędać się po okolicy, a on zawsze był gdzieś w tle. Dwie wieże ponad linią lasu tworzą bajkowy klimat.

Kilka lat temu gminie udało się odzyskać pałac z rąk prywatnych, ponieważ zmarł jego właściciel. Wcześniej jednak jego stan znacznie się pogorszył i wszędzie wałęsały się przygłodzone psy. Gmina zainwestowała w remonty, które nadal trwają, ale sporą część pałacu można już obejrzeć. Kontrowersyjna jest cena biletu w wysokości 25 zł, ale nie żałowałam tych pieniędzy, bo pałac robi wrażenie.

Marianna Orańska była niderlandzką księżniczką, która wiele zainwestowała w Kotlinę Kłodzką. Rozbudowała część uzdrowiskową i chętnie pomagała okolicznym mieszkańcom. W życiu prywatnym zdecydowała się na bardzo odważny krok – po rozwodzie związała się z pracownikiem pałacu. Nie zrobiła tego potajemnie, jak było zwyczajowo poprawnie, tylko pojawiała się wszędzie ze swoim partnerem i wspólnie wychowywali dzieci. Gdy w konsekwencji otrzymała zakaz wchodzenia do pałacu drzwiami, to wchodziła tam oknem (tak i dzisiaj się zwiedza), a gdy na terytorium Polski mogła przebywać tylko 24h, to na noc przenosiła się na stronę czeską, kilka kilometrów dalej. Żyła po swojemu, kochała swojego partnera i nikt jej w tym nie przeszkodził.

Pałac ma ok 100 pomieszczeń, budynek i ogród był zaprojektowany przez światowej sławy architektów, a wszystkiego doglądała Marianna. Obecnie pomieszczenia są w dobrym stanie, jednak nie mają praktycznie żadnego wyposażenia z tamtych lat, można je jedynie zobaczyć na starych fotografiach. W witrynach znajdują się drobne rzeczy znalezione w pałacu. W jednej sal są zdjęcia pałacu w chwili przejęcia i dopiero można docenić ogrom prac, jaki został wykonany do dnia dzisiejszego. Opowieści pani przewodnik ubarwiają całą wycieczkę, a zwiedzanie trwa ok. 1,5 h.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano | Dodaj komentarz

Niedzielna wycieczka, pełna niespodzianek

Uwielbiam jeździć na motocyklowe wycieczki i zwiedzać przy tym różne miejsca. Są to raczej miejsca typowo turystyczne, mniej lub bardziej popularne. Pewnego razu zobaczyłam u kolegi Marcina zdjęcia z wycieczki, które spowodowały, że miałam gęsią skórkę. A okazało się, że to całkiem blisko mojego miejsca zamieszkania. Postanowiłam też tam pojechać, choć wiązało się to z pewnym ryzykiem, bo pałac ten jest opuszczony od 2011 roku i nie wiadomo, co się na miejscu zastanie. Na wycieczkę był chętny jeden kolega, też Marcin, który przyjechał z Adrianem. Postanowiłam nie powiększać tej grupy, bo nie było wiadomo, na co się piszemy…

Okazało się, że Marcin i Adrian mają już za sobą wycieczki w stylu „urbex”, po opuszczonych budynkach i tylko ja pozostałam debiutantką w tej kwestii. Na miejscu zastaliśmy pokrzywy po kask i otwarte okno, którym wszyscy tam wchodzą. Budynek w dawnej części mieszkalnej był w znośnej kondycji i nie groził zawaleniem. Ale, im wyżej szliśmy i dalej, to ten stan podłóg był coraz gorszy, więc zawróciliśmy. Widać, że w pałacu rządzili menele, ale też pozostało tam mnóstwo rzeczy po dawnych lokatorach. I to właśnie to połączenie dziecięcych zabawek z obskurnym wnętrzem robiło tak mocne wrażenie. A dodatkowo kilka ustawek, które przypominały sceny wprost z horrorów! Szybko robiłam zdjęcia i chciałam to miejsce opuścić. Zobaczcie sami:

Drugim celem wycieczki był Pałac Krobielowice, który od przodu wygląda jak zwyczajny budynek, ale wystarczy go obejść, by zobaczyć, jaki jest piękny. Można też wejść do środka i skorzystać z restauracji lub hotelu. Ja miałam to szczęście, że wpadłam na p. Radka, który zawsze chętnie opowiada historię zamku (koledzy się nie załapali, bo się na chwilę rozdzieliliśmy). Zaprowadził mnie na balkon, a później pokazał apartament feldmarszałka pruskiego Gebharda Leberechta von Blüchera, który ten pałac dostał w nagrodę za wygraną z Napoleonem bitwę. Po latach pałac wykupił krewny feldmarszałka (który mieszka w Nowej Zelandii) i pięknie go odrestaurował. To miejsce warte odwiedzenia!

Potem udaliśmy się do Sobótki, by zobaczyć Zamek Górka, który pięknie wygląda, ale niestety nie można wejść do jego wnętrz. Do małego kosciółka dobudowano część mieszkalną, a całość bardzo ucierpiała podczas wojennych grabieży.

Po drodze udaliśmy się też na zaporę zbiornika w Mietkowie, gdzie prowadzi 100 schodów! Na szczęście były niskie i w taki upał nie popadaliśmy z wysiłku. A zastane na górze widoki wszystko rekompensowały!

Na koniec Marcin zaproponował, żeby zobaczyć starą, opuszczoną cukrownię, którą mieliśmy po trasie. Okazało się jednak, że już jest rozbierana i niewiele z niej zostało.


Po całym dniu upałów usiedliśmy sobie na chwilę w cieniu na pogaduchy, a jak przyszło do ruszania to mój motocykl postanowił wyzionąć ducha! Dwa tygodnie wcześniej wprawdzie akumulator mi padł, ale po naładowaniu działał bez zarzutu, aż do tej niedzieli. Zadzwoniłam do kolegi zapytać, czy ma możliwość podjechania do nas autem z przewodami do odpalania, a w tym czasie Adrian z Marcinem robili akcję odpalania „na pych”. Za pierwszym razem nic z tego nie wyszło, ale Adrian się zaparł, wepchnął motocykl pod większą górkę i zjeżdżając na dół, przebierając nogami „na flinstona” próbował dalej. I udało się!

A jak się udało, to postanowiliśmy kontynuować wycieczkę i jeszcze nieco dołożyć sobie kilometrów w drodze do domu. Na garażach czekali już na mnie koledzy z miernikiem i wyszło na to, że coś mi te wartości mocno skaczą. Zaczęli szukać przyczyny, odkryli cele akumulatora i się okazało, że są w połowie suche. Dolali co trzeba i póki co (odpukać) akumulator nadal żyje. Ja też, bo jeszcze załapałam się na grilla po tym wyczerpującym i zaskakującym dniu.

Dziękuję za super wycieczkę i pomoc w potrzebie. Na motocyklistów zawsze można liczyć!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Mała sesja zdjęciowa

Przy okazji testów jeansów City Nomad Karen Wax od Modeka Polska udaliśmy się na wały zrobić kilka fotek:

A potem naszła nas fala głupawki i kolejna z sesja była na wesoło z Martą:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Moto-humor | Dodaj komentarz

Parada i integracja Motopasja Brzeg Dolny

Przeprowadziłam się do Brzegu Dolnego rok temu i poznałam już tu kilka osób, które jeżdżą motocyklami. Jednak na grupie Motopasja Brzeg Dolny powstał pomysł, by razem przejechać ulicami miasta, okolicznymi miejscowościami i zintegrować się na porcie w Urazie. Z Martą postanowiłyśmy na tą okazję znowu ubrać kolorowe spódniczki i przedłużyć nasze warkocze.

Tak jakoś przypadkiem, zaczęłam pomagać w stworzeniu tego wydarzenia na facebooku, a potem także w organizacji, stworzeniu mapki, informowaniu Policji itp. Na stronie zgłosiło się ponad 20 osób, a w rzeczywistości przyjechało ich ponad 50! Trochę nie byliśmy na to przygotowani, zabezpieczanie przejazdu było raczej spontaniczne, ale wszyscy dotarli cało do celu i pomysł bardzo chwalili. Film z przejazdu znajdziecie na moim: profilu Facebook.

Jestem zdania, że takie imprezy powinny mieć jakiś wyższy cel np. niesienie charytatywnej pomocy i już myślę o kolejnej edycji. Byłyśmy na rozmowach w placówce opiekuńczej dla dzieci i kroki następne podejmujemy. Trzymajcie kciuki!

p.s. A żaba Frania ma dla Was przesłanie!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

Zaskakująca niedziela!

W sobotę pracowałam, więc w niedzielę postanowiłam wybrać się do Oleśnicy pooglądać samochody na American Cars Mania. Udałam się do garażu jak zwykle, wyciągnęłam motocykl, zamknęłam garaż, odpalam i….. No i właśnie masakra! Zamiast, jak zwykle, odpalić od strzała – to tylko zaszalała wskazówka obrotomierza, motocykl wydał dźwięk przypominający elektryczne wyładowanie i padł. Za każdym razem tak samo.

I co robi blondynka w takiej sytuacji? Nagrywa film z usterki i rozsyła, gdzie się da z prośbą o diagnozę i pomoc. No co? Przecież sama do mechanika nie dojadę! haha

Diagnozy padały różne, od padniętego akumulatora (co wydawało mi się mało prawdopodobne, bo ma 1,5 roku i nie było żadnych z nim problemów. A do tego już mi poprzednik umarł to dźwięki były inne), po padnięty bendix/rozrusznik. Tylko co mi po przypuszczeniach, jak tu działać trzeba. Kazali mi na pych odpalać, rozruszniki wyciągać i inne porady – w sam raz dla blondynki!

Wróciłam do domu zdołowana… Dałam też posta na grupie motocyklistów z Brzegu Dolnego i jak już się poddałam, to jeden z nich zaproponował pomoc w dowiezieniu motocykla do serwisu, a drugi, że nawet za chwilę podjedzie. Byłam uratowana! Yupiiii

Pomoc przyjechała, nawet w 3 osobach. Pierwsze co zrobili, to podpięli akumulator do samochodu i… motocykl odpalił! Zagadka została rozwiązana. Teraz nie wiem, czy mam trefny akumulator czy to gniazdo zapalniczki miesiąc temu montowane mi go wykończyło. Jutro i tak muszę jechać do mechanika z linką sprzęgła do wymiany, to poproszę by mi sprawdził pobór prądu. Jednak i tak kamień spadł mi z serca. Dzięki chłopaki!

Wieczorem przeszłam się do garażu z prostownikiem i ładowarką (do gniazda zapalniczki). Przy okazji umówiłam się z Martą i razem z jej psem poszłyśmy na długi spacer. Marta mi czasem opowiadała o swoim samochodzie – BMW Z3 M Power, ale jakoś nie miałam parcia, żeby się takim autem dla szpanerów przejechać. Ona jednak opowiada o nim z takim entuzjazmem, że dałam się namówić, że podrzuci mnie do domu, a raczej do sklepu 2 km dalej po bułki na śniadanie.

Z3 jest dość niskie przy wsiadaniu (a wysokie osoby, to raczej wystawać będą przez szybę), ale od pierwszego wrażenia mega wygodne. Miejsca jest sporo, choć tylko dla dwóch osób. Ruszyliśmy i…. wow, wow, wow! Jak on przyśpiesza, jak się trzyma, jaki ma promień skrętu. I niebo widać, jak na motocyklu. No i zrozumiałam! To nie jest samochód dla szpanerów, to samochód, który daje mega frajdę z jazdy. Takie połączenie gokarta z motocyklem. I tak pojechałyśmy do tego sklepu przez jeziorka, zamek, zalew i dojechałyśmy po 22 haha (dobrze, że do 24 otwarte).

Niebo nabrało cudownych barw, szum powietrza nad głową, nie chciało się wracać. W pewnym momencie jechał za nami motocyklista, to zaczęłyśmy mu machać i „dawać lajki”. Jak nas wyprzedził, to się okazało, że on nie jest sam – ma dziewczynę na plecaku, więc w sumie przejechał, tak jakoś bez pozdrawiania, a ona nas nieco „zmroziła wzrokiem”. Po chwili jednak motocyklista zamrugał do nas awaryjnymi – wybuchnęłyśmy śmiechem. Doszłyśmy do wniosku, że naklejkę z motocyklem trzeba z tyłu nakleić, żebyśmy nie wyglądały, jak „córeczki tatusia” w tym samochodzie.
Z Martą poprawa humoru to jest gwarantowana!

p.s. zapraszam do przeczytania mojego nowego TOP 10 Czego uczy kobietę posiadanie motocykla?

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 3 (Zamek Orawski i powrót)

Początkowo plan naszej wycieczki obejmował Słowacki Raj, jednak trasy do trekkingu są tam długie, więc w motocyklowych ciuchach to bezsensowny pomysł. Wrócimy tam jeszcze samochodem.
Dzień na Słowacji postanowiliśmy wykorzystać na polatanie krętą, górską trasą 584 oraz zwiedzenie Zamku Orawskiego. Pogoda nadal dopisywała, ruch był minimalny, więc gęby nam się cieszyły na tych wszystkich zakrętach, a i widoki na doliny były obłędne (czego niestety zdjęcia nie oddadzą).

Potem jechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów, nieco mniej spektakularnymi, drogami. A zamku na skałach nic a nic nie było widać. Okazało się, że dojeżdżamy do niego od tylnego pasma gór, więc dopiero na ostatnich kilometrach coś tam można było w górze dojrzeć. Pod zamkiem jest parking za 2 euro, a panie tam są na tyle miłe, że zachęcają, by zostawić kaski i kurtki na motocyklach. Przydało się to bardzo, bo było dość ciepło, a i na zamku wiele było schodów, więc chodzenie z tobołami trochę by zmęczyło. Jak ktoś chce zaparkować za darmo, to nieco dalej na krzyżówce jest plac, gdzie motocykl pewnie można zostawić.

Zewnętrznie zamek robi wrażenie, jego budowa była stopniowa, od partii najwyższej i najstarszej, po niższe. Czasem mówi się, że to 3 zamki w 1. Zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem, który otwiera bramę. Kolejne tury turystów wchodzą co godzinę, a my załapaliśmy się na zamek średni i wysoki, ponieważ na pełny pakiet musielibyśmy czekać 2 godziny. Przewodnik mówi w swoim ojczystym języku, ale w wielu punktach są tabliczki, że z aplikacji można odsłuchać także w języku polskim czy angielskim.

Niewiele wiadomo o początkach budowy, a legenda głosi, że pomagał w niej sam diabeł. Zamek miał zabezpieczać granice i właśnie przez to położenie był w rękach węgierskich, polskich, czechosłowackich i słowackich. Jednak największego zniszczenia dokonał pożar, który wybuchł w 1800 roku i strawił wszelkie dobra drewniane (ocalał jedynie najniższy zamek). 100 lat później rozpoczęto odbudowę, a i obecnie w zamku nadal trwają prace remontowe i rekonstrukcyjne.

Zamek jest teraz własnością państwa, pełni rolę pamiątki narodowej i muzeum. Prezentowana jest w nim historia samego zamku, a najbardziej szczegółowo pokazano epokę Turzonów. Jest też ekspozycja przyrodnicza oraz etnograficzna Orawy, są sale z przedmiotami codziennego użytku poszczególnych warstw społecznych, oraz z kolekcją wykopalisk archeologicznych. Zamek jest często wykorzystywany jako filmowe tło i chyba najbardziej w Polsce kojarzy się z serialem „Janosik”.

Wnętrza zamku:

Z życia mieszkańców regionu:

Wykopaliska archeologiczne:

Ekspozycja przyrodnicza:

Wróciliśmy z zamku późnym popołudniem, a w nocy przyszła burza. Rano na termometrze zobaczyliśmy (o zgrozo) ok. 10 stopni. Dobrze, że już przyszła pora powrotu, ale musieliśmy się na tą okazję cieplej ubrać (dobrze, że wiozłam zimowe rękawice z membraną). Słowacja żegnała nas chłodno, a góry spowite były chmurami. Po przekroczeniu granicy było już znacznie cieplej, ale zatrzymaliśmy się, żeby napić się coś ciepłego i odtajać.

Na koniec w planie wycieczki była kultowa Przełęcz Salmopolska, musieliśmy trochę nadrzucić kilometrów, ale było warto. Przynajmniej w połowie, bo na szczyt droga była słabej jakości, a z górki już jechaliśmy idealnym i krętym asfaltem.

Potem było już tylko gorzej… Oczywiście, trasa do Raciborza na maksa zakorkowana! A do tego coś mi się zaczęło dziać ze sprzęgłem, więc starałam się je oszczędzać. Już przy Ogrodzieńcu były pierwsze objawy, biegi cięzko wchodziły, ale pomogła regulacja pokrętłem przy klamce. Na koniec zrobiło się trudniej, bo zmiana biegu była możliwa dopiero przy maksymalnym dociśnięciu klamki do kierownicy, a motocykl ruszał praktycznie przy klamce całkiem puszczonej. Nerwy już miałam nieźle napięte! Bo nie dość, że ciężko się jedzie, to jeszcze ruch maksymalny. Zatrzymaliśmy się na obiad, zadzwoniłam do mechanika, a on doradził, że najlepiej (póki jesteśmy w dużym mieście) podjechać do jakiegoś serwisu motocyklowego.

Była już prawie 17, ale znaleźliśmy serwis czynny do 18. Ruszamy, a Emil mi mówi, że nie mam światła z przodu! Nosz kurde – kumulacja! Podjechaliśmy do Migus Motocykle, gdzie powitał nas sympatyczny właściciel. Już wiedziałam, że motocykl jest w dobrych rękach. Przejechał się i wyregulował tą linkę z klamką tak, że normalnie (choć większej siły trzeba użyć) dało się wbijać biegi. Przy ruszaniu nadal ciągnęło dopiero na końcu, ale to już oddam Dziabąga do serwisu po powrocie, bo tu raczej wymiana linki/klamki będzie konieczna. Żarówka oczywiście też wymieniona. Przy okazji sympatycznie sobie pogadaliśmy i mogę z czystym sumieniem ten serwis polecić.

Było już późno, ale drogi przez to mniej oblegane, biegi dało się zmieniać, więc kilometry leciały dużo szybciej. Mieliśmy spać pod Opolem, gościnnie u Sisters MotoTeam, ale jak się okazało, że mamy jeszcze siły, a do domu już coś, ponad 100 kilometrów to postanowiliśmy pociągnąć dalej. Zostaliśmy w gościach do 21, rozgrzewając się nieco herbatką przed dalszą drogą i ruszyliśmy. Dojechaliśmy do Brzegu Dolnego ok. 23 ( wyszło 470 km) i powiem Wam, że nie ma to jak w domu! Szczególnie jak się wraca z głową pełną wrażeń 😉 .

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Za górami, za lasami, za zamkami | Otagowano | Dodaj komentarz