10 lęków początkującej motocyklistki

Jeżeli macie w swoim otoczeniu motocyklistki, które jeszcze nie do końca sobie radzą z motocyklem – to dla nich jest mój nowy poradnik:
www.motocaina.pl/artykul/10-lekow-poczatkujacej-motocyklistki-25061.html

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Zamkowo-pałacowa niedziela

W powietrzu czuć już mroźne nuty, ale ostatnia niedziela nieco przełamała je odrobiną słońca. Ok. 7 stopni zachęciło mnie do jakiejś, małej przejażdżki. A, że zimno to wymyśliłam po prostu spotkanie motocyklistów przy kawie czy herbacie w jakimś zamku pod Wrocławiem. Jeden mijałam czasem, ale okazało się, że zamknięty jest do odwołania – to padło na Zamek na wodzie w Wojnowicach. To malutki zameczek, który faktycznie stoi w małym jeziorku. Wewnątrz klimat został zachowany i przyjemna jest tam restauracja.

Umówiliśmy się na 13.00, więc wyjechałam trochę wcześniej zająć stolik. Początkowo zgłosił się jeden kolega, ale potem kolejni motocykliści/tki, aż uzbierało się 10 osób. Miła obsługa lokalu pozwoliła mi połączyć 2 stoły i już się wszyscy pomieściliśmy. Fajnie tak sobie pogadać, podsumować sezon i pośmiać się z ludźmi o tej samej pasji.

Później, już w nieco mniejszym składzie, postanowiliśmy odwiedzić cudnie odrestaurowany Pałac w Brzezinie. Trochę mieliśmy obawy, jak tak ekskluzywna restauracja przyjmie grupę motocyklistów, ale okazało się, że nie było żadnego z tym problemu. Również połączono dla nas stoliki i bardzo miło obsłużono. Menu było prawdziwie królewskie, ale zostaliśmy tylko na gorącą czekoladę i pogaduchy. Planowaliśmy jeszcze jakiś wspólny obiad, ale późna godzina rozbiła grupę i każdy pojechał już w stronę własnego domu. Zmierzch następuje teraz szybko, a razem z nim temperatury drastycznie spadają.

Żeby nie było, że za mało kilometrów, to kolega nieco pomylił trasę i wycieczkę też mieliśmy 🙂 . Fajnie spędzona niedziela – dziękuję!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Alpine Coaster w Szklarskiej Porębie

Jest już dużo zimniej, ale nie rezygnuje z motocykla. Odkąd mam 3-częściowy zestaw odzieży Macna na sobie, a pod nią termiczną bieliznę z wełną merino, to nawet 3 stopnie w Kotlinie Kłodzkiej w ostatnim dniu października – mnie nie złamały. Choć fakt, że dojechałam do domu z lekko przemarzniętymi czubkami palców rąk, mimo zimowych rękawic z membraną. Podejrzewam, że tu się mści trzymanie palców na metalowych klamkach hamulca i sprzęgła.

Droga powrotna była już przyjemniejsza bo stopni było ok. 9, tyle że już pod Środą Śl. złapał mnie lekki deszcz. Ubrania w deszczu też dają radę, tylko widoczność znacznie gorsza. Od pary, która w tych warunkach jest wszechobecna – ratowała mnie chińska wklejka zastępująca pinlock (nie ma go do mojego modelu kasku). Zapłaciłam za nią 40 zł i całkiem spoko sobie radzi, dzięki czemu w zimne dni nie muszę już otwierać kasku z powodu zaparowanej szyby.

Weekend zapowiadał się nieźle pogodowo, tylko zauważyłam, że nie działa mi prawy, tylny kierunkowskaz. Mam tam akcesoryjne kierunki ledowe, więc już załamałam ręce, że znowu będą wydatki. Na szczęście wrócił Emil i posprawdzał wszystkie przewody. Okazało się, że pod kanapą rozpadło się połączenie i mi to naprawił. Mogliśmy jechać na wycieczkę!

Każde z miejsc, które chciałabym jeszcze odwiedzić jest oddalone ok. 200 km od miejsca startu, a to jest trudne do realizacji przy tak krótkim dniu i lodowatych wieczorach. Wymyśliłam więc jakiś mniejszy cel – Alpine Coaster w Szklarskiej Porębie. Nie miałam okazji taką zjeżdżalnią grawitacyjną nigdy polatać, to postanowiłam sobie zafundować nieco dziecięcej radości.

Wyjechaliśmy z Emilem przed 10 rano, ale jazda tego dnia szła mi wyjątkowo topornie. Normalnie czułam się, jakbym dopiero wsiadła na motocykl po zimowej przerwie. Jak tankowaliśmy, to powiedziałam Emilowi, żeby sobie jechał przodem, bo ja się dzisiaj słabo na motocyklu czuje i nie chcę go blokować w zakrętach. A Emil odpowiedział, że właśnie widzi co wyprawiam i woli jechać z tyłu, żeby mnie zabezpieczać 🙂 . Uśmiałam się! Na szczęście po tej przerwie na stacji jazda już mi szła dużo lepiej, a jak były fajne partie zakrętów, to Emil leciał sobie przodem.

Pogoda dopisywała, drogi były czyste i suche, jedynie na jednej partii drogi wiatr boczny wiał tak mocno, że musiałam kompensować jego siły przeciwskrętem i przesunięciem ciała względem motocykla. A i tak próbował mnie zepchnąć do rowu. Odetchnęłam, jak już pokonaliśmy ten fragment trasy, bo już myślałam, że im bliżej gór tym gorzej i trzeba będzie zawrócić.

Na miejscu chwile szukaliśmy miejsca parkingowego, a potem toalety. W parku rozrywki bardzo sympatycznie przywitał nas pracownik, które też jest motocyklistą i polecił leżakowanie na tarasie. Jednak czasu mieliśmy mało, to skupiliśmy się na saneczkach. Nie mieliśmy co zrobić z kaskami to ubraliśmy je sobie na głowy, a przy okazji mieliśmy z jazdy śmieszne zdjęcia.

Saneczki są wciągane na górę metalową liną, a na dół zjeżdża się już siłą grawitacji. Hamulce działają mega mocno i cicho, co mnie bardzo zdziwiło – chciałabym mieć takie skuteczne hamulce w motocyklu! Hamowałam minimalnie tam gdzie wskazywały znaki, ale nie musiałam krzyczeć z powodu prędkości 🙂 . Najfajniej było w pochylonych zakrętach, bo uczucie prawie jak na motocyklu.

Po zjeździe poszliśmy na hamburgery po przeciwnej stronie drogi i nie wiem czy je polecać, bo obydwoje mieliśmy lekkie rewolucje żołądkowe po powrocie do domu. Trasa powrotna jakoś szybciej mi zleciała i już bez atrakcji wietrznych. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem, także wszystko wyszło zgodnie z planem. Być może to już ostatnia wycieczka w tym sezonie, chcą mam nadzieję, że jednak nie!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Ścieżka w Koronach Drzew

Jesień ciepłem nie rozpieszcza, ale tydzień temu przywiało do nas afrykańskie ponoć powietrze, było słonecznie i powyżej 20 stopni. Weekend przeleciał mi na rodzinnych imprezach, więc wzięłam urlop we wtorek i postanowiłam wykorzystać ten dzień na motocyklową wycieczkę. Zrobiłam w głowie przegląd miejsc, które chciałam w tym roku odwiedzić i padło na Ścieżkę w Koronach Drzew, którą w 2016 roku wybudowano w Jańskich Łaźniach. Trasa na 300 km w obie strony.

Miał jechać ze mną Emil, choć pod garażem nie było to takie pewne, bo jego ZX10 nie chciał znowu odpalić, mimo nowego akumulatora. Podpięty do samochodu na szczęście ożył i wizja jechania na jednym motocyklu oddaliła się w zapomnienie, uffff 😉 .

Miała nas prowadzić nawigacja TomToma 410, która jest taka sprytna, że wytycza trasę wg kryterium jej krętości. Daliśmy drogi średnio kręte i się zaczęło….. Co to ma być za frajda z zakrętów, jak wjeżdżaliśmy na takie prowincje, gdzie asfalt to był 50 lat temu, a teraz został jeden wielki wyryp! Raz nawet go wcale nie było. Spadała nam prędkość, a kilometrów nie ubywało. W połowie drogi zmieniliśmy trasę na najszybszą i już było spoko. Ta funkcja krętości świetnie sprawdzała się w Chorwacji, ale w naszym, kochanym kraju sprawia, że jazda staje się męczarnią.

Najfajniejsze trasy, kręte i znośne (bo nie idealne) były w pobliżu granicy i w Karkonoskim Parku Krajobrazowym. Mijaliśmy piękne przełęcze, gdzie jesienne krajobrazy były powalające, jednak dało się tam tylko zwolnić, bo miejsca na zatrzymanie się nie było, a samowolne – mogłoby być niebezpieczne dla innych kierowców. W Czechach jakość asfaltu znacznie się poprawiła, ale przybyło miejsc zimnych, zacienionych i mokrych, więc trzeba było zachować pewną ostrożność. Tak czy siak, od wyjazdu do Chorwacji brakowało mi zakrętów, więc na tej wycieczce gęba cieszyła mi się wielokrotnie 🙂 .

Dojechaliśmy do parkingu, gdzie były krótkie szlabany. Nigdzie nie napisali, czy motocykle płacą i ile, to przejechaliśmy koło szlabanów i podeszliśmy do kasy. Okazało się, że motocykle płacą normalne stawki samochodowe, ale kasjer, jak się dowiedział, że nie wzięliśmy tych biletów, to powiedział, że nie musimy się wracać, tylko stanąć w wyznaczonym miejscu i mamy parking za darmo. Miło z jego strony 🙂 .

Pierwszą konstrukcję tego typu już odwiedziłam, była to Ścieżka w Chmurach (Zieleniec i Sky Walk), która robiła wielkie wrażenie. Była duża i na szczycie góry, co otwierało przepiękną panoramę z każdej strony. Ścieżka w Koronach Drzew nie jest już tak duża, nie jest na szczycie góry, dlatego polecam oglądać te trasy w odwrotnej kolejności – od mniejszej na większą. Bo u nas powstał pewien niedosyt, że niby fajna ta konstrukcja, ale mniejsza, a fajny widok jedynie z jednej strony. Przez mniejszą średnicę i nachylenie deptaków, odnosi się wrażenie, że idzie się dużo, a do celu nadal daleko.

Plus taki, że podjeżdża się pod sam start trasy (na Ścieżce w Chmurach trzeba jechać wyciągiem lub się wdrapywać dłuższy czas) i początkowo deptak ciągnie się po prostu przez las. Całość zbudowana jest z drewna, ze wsparciem elementami metalowymi, a po drodze są liczne atrakcje dla dzieci, takie sprawnościowe tory przeszkód (można je pokonać lub iść zwykłym deptakiem). Gdy dojdzie się do konstrukcji, to na początku wchodzi się do strefy podziemnej, gdzie jest opis procesów zachodzących w glebie i atmosferze (oczywiście po czesku). Potem już można się „wspinać” na szczyt. Wracać można spacerkiem lub turbo zjeżdżalnią, wtedy powrót trwa ok. 7 sekund.

Na koniec poszliśmy do knajpki po drugiej stronie ulicy na smażony ser (jadałam lepszy) i wyjechaliśmy w powrotną trasę. W połowie drogi złapał nas już zmrok, a 30 km od domu, moja operowana ręka odmówiła współpracy i musieliśmy zrobić przerwę na jej ponowne uruchomienie. Jednak im mniej robię długich tras, tym moje ciało odzwyczaja się od takich wyzwań. Muszę to brać pod uwagę, przy kolejnym planowaniu wakacyjnego urlopu.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Testuję chińszczyznę

W niedzielę, żeby nie myśleć o sobotniej traumie – zajęłam się testowaniem chińskich wynalazków 🙂 Odkąd na aliexpressie można płacić szybkimi przelewami, to od razu fajniej się tam robi zakupy. Dlatego stompgripy za 35 zł przyszły prosto z Chin (u nas wołają za nie 100 zł), a słuchawki bluetooth z allegro za ok. 60 zl. Czekam jeszcze na wklejany pinlock (do mojego kasku nie ma w opcji) za połowę polskiej ceny.

Słuchawki łatwo się montuje, tylko trzeba schować nadmiar kabli. Mój kask Shark Vision R2 ma wnęki na słuchawki, więc zupełnie nie odczuwa się ich po ubraniu kasku. Nie są zbyt głośne, ale odbierają fajnie i dźwięk jest na tyle przestrzenny, jakby dochodził z zewnątrz. Czy to bezpieczne? Moim zdaniem tak, bo słuchawki nie przytykają uszu, a muzyka nie zagłusza dźwięków z zewnątrz. To tylko tło, znacznie uprzyjemniające jazdę. Bateria trzyma ok. 3 godzin, a jak ktoś dzwoni – to urządzenie po angielsku czyta numer telefonu.

Wybrałam słuchawki bez mikrofonu, bo planuję w przyszłości zakup kompletnego intercomu do komunikacji z innymi motocyklistami na dłuższych wycieczkach. Nie mam w zwyczaju rozmawiać przez telefon w czasie jazdy, jak potrzebuję – to się zatrzymuję i rozmawiam. Słuchawek będę używać do samotnej jazdy, wskazówek nawigacji, czy właśnie słuchania muzyki w tle.

Gripy kształtem pasują idealnie (bo są dedykowane do danego modelu), jednak ich klej zostawia wiele do życzenia. Już po pierwszej przejażdżce zaczęły się odklejać na całej powierzchni. Kolega polecił mi mocowanie taśmami Command M3, więc tak spróbuję to poprawić.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Moje 3 sekundy (prze)życia

Pierwszy raz w mojej 7-letniej przygodzie z motocyklem moje życie zależało od 3 sekund i tego co podczas nich zrobie. 3…2…1 nie ma czasu na myślenie, jedynie panowanie nad motocyklem i odruchy.

Co się właściwie wydarzyło? Wyjechałam na weekend do rodziców. Prosta, nowa droga, super widoczność, seledynowa kamizelka i biały kask, a mimo to spotkałam samochód lecący mi na czołówkę. Mijałam weselny orszak samochodów i nagle jeden z nich wyrwał się z szeregu do wyprzedzania. Zobaczyłam go tuż przed sobą! Nie jechałam szybko, bo docierałam nową oponę (i całe szczęście), jednak on wyprzedzał dość agresywnie. Gdybyśmy się spotkali, to obawiam się, że moje życie dobiegłoby końca.

Wszystko zadziało się tak szybko, że nie ma mowy o jakimś świadomym działaniu. Zatańczyłam kierownicą ze stresu i odbiłam w prawą stronę. Cudem nie oberwałam lusterkiem ani nie rozbiłam się na metrowych barierkach. Mój mózg odciął mi świadomość i niewiele pamiętam z decydującego o moim życiu manewru, ocknęłam się już na środku swojego pasa po ominięciu samochodu. W sobotę o 15.20 los okazał się dla mnie łaskawy…

Popatrzyłam w lusterko, gdzie srebrny samochód walczył jeszcze chwilę o utrzymanie się na pasie. Odjechał i nie zainteresował się tym, czy coś mi się po tym, ostrym manewrze nie stało.

Próbowałam go znaleźć, poprzez ogłoszenia wrzucane na lokalne strony, bo świadków weselnych tego zdarzenia teoretycznie powinno być wielu. Jednak nikt się nie odezwał, prawdopodobnie był to jeden z weselnych gości.

Zatrzymałam się, trzęsły mi się ręce i nogi, popłakałam się… Nie zawróciłam, pojechałam po przerwie dalej – bo wiedziałam, że jak tego nie zrobię, to odstawię motocykl na czas nieokreślony. Na początku nie mogłam się skupić na jeździe, ciągle w głowie miałam tamten samochód i sytuację. Dopiero po godzinie jazdy potrafiłam po prostu cieszyć się jazdą motocyklem. Docenić to, że żyję, że mogę to robić i jak piękny świat mnie otacza.

Staram się wyciągać wnioski z tego, co mnie w życiu spotyka – dlatego powstał ten tekst:
Motocyklowe działanie w trybie awaryjnym

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Akcja oponka na start

Szukałam serwisu opon w pobliżu, koledzy jeden polecali, więc zadzwoniłam umówiłam się i… najpierw dostałam sms, że mam miły głos (to jeszcze OK), a dzisiaj nad ranem ten poniżej i ręce mi opadły…. Co z tymi facetami???!!!!! Odpowiedziałam tak, żeby w „pięty poszło” i znalazłam inny serwis w okolicy, gdzie profesjonalnie i bez zbędnych podtekstów oponkę mi wymieniono.

Ponownie kupiłam oponę Michelin Pilot 2, bo ma przystępną cenę i sprawdziła się w każdych warunkach. Miałam ten model także w poprzednich motocyklach i przyczepność zawsze (nawet w deszczu) była doskonała. Oczywiście marzy mi się Pilot 4, ale cena jej jest jeszcze dość spora.

To niestety nie koniec wydatków, bo opona z przodu też się kończy i motocykl wymaga także wymiany napędu. Zrobię to wszystko już wiosną.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Dziabąg | Dodaj komentarz

Moto Wstążka we Wrocławiu

W niedzielę 1 października postanowiłam po raz drugi dołączyć do różowej akcji propagującej badania i wczesne wykrywanie min. raka piersi. Zebraliśmy się pod Urzędem Marszałkowskim, porwaliśmy Marszałka na motocykl i różową paradą motocyklową udaliśmy się do Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego.

Każdy mógł liczyć na różową koszulkę akcji, a także przystroić motocykl wedle własnego uznania, więc mój Dziabąg ubrał różowy stanik na tą okazję 😉 . Przejazd przez miasto musiał być zgodny z przepisami ruchu drogowego, co zepsuło szyk już na pierwszych światłach. Na szczęście większość wiedziała, gdzie jest miejsce docelowe.

Po salach DCO oprowadzał nas lekarz, który na co dzień decyduje o tym, jaki sposób leczenia dla pacjentek będzie najlepszy. Pokazywał nam nowoczesny sprzęt do przeprowadzania badań, który sprawia, że samo badanie piersi nie jest tak bolesne, jak przy aparatach starego typu. Chodziliśmy po salach w których pacjentki się diagnozuje, a także byliśmy w sali, gdzie kolegialnie zespół lekarzy podejmuje decyzje o wyborze sposobu leczenia. Taka zespołowa decyzja daje o ok. 20 % lepsze wyniki leczenia, niż decyzja podejmowana tylko przez jedną osobę. To była cenna lekcja i ważne tematy, o których każda kobieta powinna wiedzieć.

Na koniec pojechaliśmy na obiad w Rynku, do Chopper-Baru, a nasze motocykle wzbudzały wiele zainteresowania na chodniku. Muszę przyznać, że i na mnie dziewczyny na głośnych Harley-ach zrobiły wrażenie. Sama nie widzę się na takim motocyklu (przynajmniej w tym momencie życia), jednak muszę przyznać, że połączenie tak surowej maszyny z kobiecością jest elektryzujące!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

VI Zlot Franciszka Bondarczuka w Niemczy

Pierwszym planem na niedzielę był wyjazd na wyścigi starych motocykli do Brannej w Czechach. Jednak prognozy pogody były paskudne w tamtym regionie i nie uśmiechało mi się stać tam w deszczu pół dnia. Jeden z kolegów napisał coś o jakimś zlocie w Niemczy, to zaczęłam szukać informacji co i jak. Okazało się, że to taka parada motocykli na miejskie święto w Niemczy, rzuciłam więc post na zachętę w kobiecej grupie motocyklowej i do towarzystwa zgłosiła się Marta.

Spotkałyśmy się na miejscu (jechałyśmy z różnych stron) i była tam też grupa moich kolegów. Najwięcej było ciężkich motocykli, bo jak opowiedział mi organizator – Franciszek Bondarczuk, który zginął w wypadku, organizował wcześniej takie zloty w Niemczy. Ku jego pamięci tradycja została zachowana i połączona z obchodami rocznicy obrony miasta Niemcza.

Impreza nie była nagłośniona, ale i tak zjechało się, chyba z 70 motocykli. Ruszyliśmy na małą, ale bardzo fajną, krętą trasę po okolicy do celu, jakim był Rynek w Niemczy. W takiej paradzie trzeba być bardzo czujnym i mieć oczy „dookoła głowy”, ponieważ motocykle są z każdej strony. Jeden z motocyklistów o tym zapomniał i gdy zobaczył znajomych na poboczu, to postanowił do nich zjechać, centralnie zajeżdżając mi drogę! Sytuacja byłaby tragiczna w skutkach, ale na szczęście on w połowie manewru się ocknął i zatrzymał, a ja miałam miejsce na mega szybki unik w lewo. Ciśnienie skoczyło mi na maksa! Koledze zresztą też, bo potem wielokrotnie mnie przepraszał za tą sytuację.

Wielką paradą wjechaliśmy na rynek i go praktycznie opanowaliśmy! Na miejscu były różne zabawy i klimatowe, historyczne pokazy grup rekonstrukcyjnych. My mogliśmy liczyć na darmową kiełbaskę i świetne towarzystwo.

Potem wróciłam jeszcze na chwilę do Kotliny Kłodzkiej i przyszła pora powrotu do domu. Zrobiłam tego dnia ok. 250 km, a pod samym garażem przejechała by mnie kobieta za kierownicą samochodu! W Brzegu Dolnym są może ze 3 duże krzyżówki i ludzie nie mają pojęcia kto ma pierwszeństwo! Ręce opadają!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano | Dodaj komentarz

Rajdowa sobota

W Kotlinie Kłodzkiej rozgrywał się Rajd Dolnośląski, niestety zaczynał się w piątek, więc w sobotę miałam już tylko 2 różne odcinki do wyboru. Postanowiłam podjechać na ostatni, kultowy odcinek Spalona. Kilkanaście lat temu spaliśmy tam pod namiotami przy schronisku, żeby być na trasie od rana. Pamiętam, jak dopadła nas w nocy taka ulewa, że mała rzeka płynęła nam przez przedsionek namiotu 🙂 . Ale to były inne czasy i rajdy były wtedy bardziej widowiskowe.

Odcinek biegł przez całą miejscowość, więc musiałam dotrzeć na trasę w połowie trasy, jadąc od Długopola Zdrój. Zobaczyłam na mapce fajne zakręty, więc na samą myśl się cieszyłam. Nie trwało to jednak długo, ponieważ gdy tylko skręciłam w stronę Spalonej – to się załamałam! Dawno nie widziałam drogi w tak opłakanym stanie, dziury i łaty w stanie ciągłym. Momentami prawdziwe enduro ze śladowymi ilościami asfaltu. Piękne zakręty może i były, ale trzeba je było pokonywać powoli i slalomem pomiędzy dziurami. Umęczyłam się strasznie…

Pod odcinkiem pasły się owce i kibice 🙂 , pogoda dopisała, więc całkiem przyjemnie oglądało się walkę zawodników. Jednak to, co wzbudziło największe emocje, nie tylko u mnie – to rywalizacja aut historycznych na końcu rajdu. Niestety nie mogłam Wam zrobić zdjęć, bo zapomniałam wziąć powerbanka, a padł mi telefon (aparat foto też w domu został). Musicie to sobie wyobrazić… Pięknie brzmiące i szybkie Audi Quattro oraz Subaru Imprezy. Uwielbiane Fiaty 125 i 126p, Łady i inne, kultowe i nie najnowsze modele – wszystkie w wersji pełnorajdowej. Cudowne dźwięki, mnóstwo pracy pasjonatów i uśmiechy na twarzach wszystkich kibiców! Super widowisko!

Wróciłam już odcinkiem, gdy z trasy zjechały wszystkie rajdówki. I powiem Wam, że trasa, na którą wysłali zawodników wcale nie była lepsza. Też pełna łat, dziur i wybojów, aż im współczułam na tych twardych zawieszeniach…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano | Dodaj komentarz

Moja szybka (dosłownie) przygoda z motocyklem sportowym!

28 sierpnia miałam urodziny, więc uznałam, że to świetna okazja, by zrobić coś wyjątkowego. Znacie pewnie moje podejście do „szlifierek”, „plastików” – motocykli sportowych. Omijam je szerokim łukiem, bo ani to wygodne, ani praktyczne i zdecydowanie zbyt szybkie, jak na moje potrzeby. Ale korzystając z tej wyjątkowej daty, postanowiłam zmierzyć się z tematem i przekonać osobiście, czy oby się w tym temacie nie mylę???

Dawcą motocykla był Emil, który już kiedyś oferował mi przejażdżkę swoim litrowym Kawasaki Ninja ZX10, ale musiałam do tego dojrzeć! Przebrałam się w motocyklowy strój i plan był taki, że najpierw na osiedlu poćwiczę ruszanie i hamowanie (bo hamulce żylety), a potem pojedziemy w traskę. No cóż… doszło jedynie do planu w części pierwszej.

Usiadłam na motocyklu, pochyliłam się, żeby dosięgnąć manetki i niby wszystko w miarę OK, ale jak to połączyć ze stopami w tej dziwnej pozycji na podnóżkach? Z moimi, długimi nogami to wcale nie jest proste! Kolejna sprawa – sprzęgło. Emil ma je tak ustawione, że gdy klamka dotyka kierownicy to rozłącza, a już 5 milimetrów nad nią „bierze”. W moim odczuciu zupełnie bez sensu, bo sama wciskam klamkę na 3 centymetry i szybko zmieniam bieg.

Ruszyłam kilka razy na półsprzęgle i się poddałam. Duża masa motocykla, nienaturalna na nim pozycja i to sprzęgło – to było zbyt dużo niepewnych elementów, jak dla mnie. A wiadomo, że jak jest brak pewności na motocyklu, to zwykle nic dobrego z tego nie wynika. Wiem, jak Emil kocha swój motocykl, więc odpuściłam dla dobra maszyny haha. Ja „nic nie muszę”, to była tylko próba przekonania się do czegoś, co najzwyczajniej nie jest dla mnie 🙂 I wcale nie żałuję, że nie jest!

p.s. Choć całkiem fajnie na nim wyglądam 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Jezioralna niedziela :-)

Miałam niedzielę do polatania to wymyśliłam trasę ok 300km, która obejmowała wielkopolskie jeziorka. Pierwszym punktem docelowym była Sława, ale ruch turystyczny był tam spory. Zaparkowaliśmy więc z Emilem nad jeziorkiem, dopiero w okolicy przystanku w Lubogoszczu. Punkt był super, bo nie oblegany, jedynie kilku windsurfingowców ćwiczyło sztukę „latania” po wodzie. A powiem Wam, że Ci wprawieni to osiągali prawie motocyklowe prędkości!

Kolejny punkt przy drugim jeziorze zaliczyliśmy w miejscowości Niałek Wielki. Wybraliśmy punkt odludny, jak i same jezioro nie jest, aż tak mocno oblegane.

Wolsztyn był naszym punktem do zawracania, ale po drodze zobaczyliśmy stację kolejową zapełnioną starymi lokomotywami i postanowiliśmy się tam na chwilę zatrzymać.

Drogi w Wielkopolsce były super i miałam o tym województwie bardzo dobre zdanie… miałam. Niestety droga z Wolsztyna do jeziora w Boszkowie to obraz nędzy i rozpaczy… Wyboista, dziurawa i cała zorana maszyną do ścinania kolein. Dla motocykla to straszna katorga! Boszkowo jest już mocno turystyczne, a cena niedużego obiadu z rybą nas powaliła, choć sama knajpa była wyjątkowa, bo stało w niej wiele drewnianych rzeźb. Plaża dość oblegana, choć mocno wiało i pogoda nie do końca była plażowa.

Cała wycieczka była dość przyjemna, takie pożegnanie lata w pewnym sensie. Jeziora były czyste i świetne do uprawiania sportów wodnych. Mnie jednak w tym kierunku jakoś nie ciągnie 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz